Strona główna » Aktualności » Rok 2010 Waszym zdaniem -Wasze wspomnienia

Rok 2010 Waszym zdaniem -Wasze wspomnienia

Data publikacji: 06-01-2011 19:30



Zmiany na stanowisku trenera Wisły, przegrane na finiszu Mistrzostwo Polski, odpadnięcie z europejskich pucharów oraz pokonanie w listopadowych meczach Cracovii i Legii – oto, co najbardziej zapamiętaliście z minionych 12 miesięcy. Przed Wami pięć tekstów, które postanowiliśmy wyróżnić tym razem! Ich autorzy są zarazem zwycięzcami naszej zabawy "Rok 2010 Waszym zdaniem".


Tekst pierwszy - za węgierski wkład w kibicowanie Wiśle
(pisownia oryginalna, bo dodaje temu tekstowi uroku)

Kiedy w lutym dowiedziałem się, że otrzymam stypendium do Krakowa, w ogóle nie myślałem, że zostanę fanem tej drużyny. W marcu jeden z moich polskich znajomych zaprosił mnie na mecz Wisły, mówiąc, że jeszcze takich kibiców w moim życiu nie widziałem. A teraz, w grudniu tego samego roku, już tęsknię za meczami, mając nadzieję, że jak wkrótce wrócę do Budapesztu, kiedyś zagracie z jakąś węgierską drużyną, żebym jeszcze raz zobaczył wiślackich piłkarzy. Pamiętam, jak Wisła wygrała 3-0 przeciwko Lechii Gdańsk w marcu, a potem w październiku 5-2, to już na R22. Perwszym razem byłem na meczu Wisły na Hutniku, perwszy raz na derbach z Cracovią, i w Pucharze Polski. Widziałem ich świetnie grać w Lidze Europejskiej (z FC Šiauliai), i walczyć w puharze, przeciwko Widzew Łódź, wygrając w ostatnich minutach. Jesienią kupiłem mój pierwszy szalik wiślacki i wtedy już chodziliśmy na R22 (taki stadion tylko w naszych marzeniach mamy na Węgrzech!). Pierwszy raz na R22 byłem jeszcze na początku maju, kiedy można było zobaczyć stadion na wewnątrz podczas budowania. Chyba najlepiej pamiętam z ostatnich meczy na derby z Legią, kiedy Paweł Brożek strzelił dwie bramki – on jest w ogóle pierwszym wiślackim piłkarzem, którego znają Węgrzy. Najlepiej się czułem, kiedy wychodzili ze mną na mecz Wisły moi węgierscy znajomi – którzy ani słowa nie znali po polsku – i śpiewaliśmy piosenki razem z Polakami. Takie rzeczy trzeba zapamiętać, i reszta już nie ważna.

Życzy dużo sukcesów w przyszłości
Sándor Ackermann z Węgier

Tekst drugi - za plastyczny opis bólu po remisowych Derbach i nie tylko
Rok 2010 był rokiem tułaczki, zagubienia i poszukiwania drogi do domu. Przechodząc Reymonta niecierpliwie przyglądaliśmy się rosnącym murom naszej wiślackiej twierdzy, co i rusz zadając pytanie, kiedy wreszcie skończy się to nużące oczekiwanie i zjednoczona Armia Białej Gwiazdy wzniesie pieśń, która unosząc się ponad parkiem Jordana i Błoniami drażni przeciwnika. Był to rok nadziei i wiary w kolejne mistrzostwo, którego tak brutalnie i upokarzająco zostaliśmy pozbawieni, a właściwie sami się go wyrzekliśmy. Do dziś pamiętam przeciągły jęk zawodu przyjaciół, z którymi oglądałem najsmutniejsze derby od wielu lat. Do końca wierzyliśmy pokonanie Lecha jednak nie dość, że pokazał nam figę na finiszu, to jeszcze nasi Pasowani "przyjaciele" nawet spaść z ligi z pokorą nie dali rady. Potem kolejne rozczarowania: wyprzedaż obrońców, bach bach Karabach i znów trzeba było poczuć cierpki smak porażki na języku. I wreszcie mecz z Koroną. Powrót na R22 po ponad roku. Widok wkraczającej z flagami ekipy robi wrażenie, zdzieramy gardła i tak co mecz. Witaj w domu ukochana drużyno. Nieśmiały optymizm z każdym kolejnym wygranym meczem przeradza się euforię na meczu z Legią. Ostatni mecz rundy i ponad 18 tysięcy ludzi na meczu z Zagłębiem. Nikt się nie oszczędza. Dobrze kończy się ten rok. Można śmiało wypatrywać następnego. Nie wmówią nam że to tylko gra, dla nas to jest coś więcej, to sens życia, nasza religia. Żona namawia na wspólny wypad w góry, dzieciaki chcą do Zoo, szef zarzucił Cię pracą na weekend. A my? My idziemy na mecz...

Tekst trzeci - za ojcowski opis przezyć taty i jego dzieci
Runda jesienna AD 2010, mecz Wisła Kraków vs Legia Warszawa 12.11.2010. Od tygodnia czuję podniecenie i lekkie podekscytowanie nadchodzącym hitem ekstraklasy. W pracy nie myślę o niczym innym, tylko o meczu, w domu z córką i synami o niczym innym się nie rozmawia. Dla wiernego oddania tego rodzaju podniecenia podam przykład kolegi z klasy córki, który w dniu meczu uciekł ze szkoły stwierdzając, że i tak nie wysiedzi, bo o skupieniu mowy nie ma. Jasne i klarowne usprawiedliwienie, zupełnie zrozumiałe. W domu przygotowujemy się do meczu, dyskusjom na temat wyniku nie ma końca, wspólnie ustalamy wynik spotkania na 2:1 dla Wisełki, przewidując jednocześnie, że decydujący gol wpadnie w doliczonym czasie gry z dośrodkowania z rzutu rożnego i strzale głową jednego z piłkarzy Białej Gwiazdy. Jedno jest pewne ponad wszelką wątpliwość, mecz do łatwych nie będzie należał zwłaszcza, że nowy trener Legii, Maciej Skorża zrobi wszystko, żeby tak dobrać skład drużyny, aby z Krakowa wywieźć wymarzone trzy punkty. Mecz coraz bliżej, więc rozpoczynamy ćwiczenie stadionowych skandów (oczywiście tych kulturalnych), a ze średnim synem uczymy najmłodszego z rodziny hymnu Wisły Kraków. Po uroczystym odśpiewaniu hymnu, zostaje pasowany na wiślaka, otrzymuje od nas swój pierwszy stadionowy szalik i cała kompania gotowa. Wyruszamy na mecz. Na Reymonta meldujemy się półtorej godziny przed meczem, zajmujemy swoje miejsca, podziwiamy postępy w budowie stadionu i porównujemy tempo prac po ostatnim meczu. Odczuwamy radość z postępów w budowie i dumę z faktu, że udało się nam zdobyć bilety na centralnym sektorze. Synowie biorą udział w treningu zorganizowanym przez zarząd klubu dla dzieci na płycie boiska. Pierwszy występ na profesjonalnym stadionie w myśl słów pewnej reklamy (bezcenne), za resztę można zapłacić Mastercard. Mecz się rozpoczął o czasie, pierwsze minuty meczu przyniosły nam wiele emocji po których byliśmy pewni, że nasze przewidywania co łatwości meczu okazały się trafne. W 41. minucie wielką radość przyniósł nam Paweł Brożek – 1:0. No, taki wynik mógłby pozostać – stwierdzamy. Po przerwie, niecałe 6 minut po rozpoczęciu Patryk Małecki udowadnia, że Legia raczej trzech punktów mieć nie będzie, oj nie, a na krakowskim stadionie szał i euforia. Rzut karny w 60. minucie słusznie podyktowany za faul na Andrażu Kirmie egzekwuje ponownie Brozio. Zaniemówiliśmy z wrażenia, takiego pogromu się nie spodziewaliśmy. W 83. minucie odzyskaliśmy mowę, gdyż Cezary Wilk potwierdził wyższość Białej Gwiazdy nad przyjezdnymi. Koniec meczu przyniósł ogólną euforię na stadionie a skandu „Jazda ,jazda, jazda Biała Gwiazda” krzyczanego przez 18 tyś ludzi oraz gęsiej skórki na ciele nie zapomnę z synami do końca swych dni, wyniku zresztą też. Zwłaszcza że tak mocnego klapsa na kolanie Legia nie dostała od nikogo od 31 lat. Ciśnienie mi skoczyło tak, że przez trzy dni chodziłem jakbym miał zespół nadpobudliwości psycho-ruchowej. Piękne chwile, cudne emocje, przeżycia, których nie zapomnimy z rodziną do końca życia. Jedno jest pewne: że „Wierny swojej drużynie znów przyjdę na jej mecz i smutek z serca zginie, troski odejdą precz.”

Tekst czwarty - za odważne wyznanie "Co z Ciebie za kibic"

Jaki był rok 2010? Tego nie da się opisać w kilku prostych zdaniach. Rok 2010 był przede wszystkim rokiem bardzo dużych emocji jak i wielkich niespodzianek. Byłem bardzo dumny i chodziłem z podniesionym czołem patrząc jak mój ukochany Klub idzie przebojem po 13 tytuł Mistrza Polski. Co się dalej stało, wszyscy wiemy... Nie chcę już dalej dociekać, kto zawinił, bo nie ma sensu, ale to właśnie po stracie tego tytułu uświadomiłem sobie jak bardzo kocham Wisełkę, na dobre i na złe. Zastanawiając się, czy kupić bilet na ostatni mecz sezonu z Odrą, pomyślałem sobie: "Po co jechać na ten mecz, skoro i tak nie zdobędziemy Mistrzostwa". To właśnie wtedy moje serce zabolało mnie i przyszła mi do głowy pewna myśl, "Co z Ciebie za kibic? Czy chcesz być jak inni, którzy są tylko przy swoim Klubie, gdy ten wygrywa wszystkie mecze?” Właśnie to w roku 2010 uświadomiłem sobie, jak bardzo kocham Wisełkę... Śmiało mogę teraz stwierdzić, że Wisła to właśnie ta droga, którą chcę podążać i być z Nią na dobre i na złe. Co jeszcze zapamiętam z roku 2010? Oczywiście, że będzie to powrót na własny stadion, to właśnie na tym stadionie poczułem prawdziwy smak dopingu, gdzie kibice Wisły nie mają sobie równych w całym kraju, tworząc co mecz wspaniałe widowisko na trybunach.

Tekst piąty - za miłosne uniesienie
Hmm..moje wspomnienie z Wisły z 2010 roku? Mój chłopak - zagorzały kibic od kilkunastu już lat. Pamiętam, gdy pierwszy raz zabrał mnie na mecz Wisły. Było to na stadionie Hutnika 20.03.2010 z Lechią. Już wtedy zaczęłam czuć tą atmosferę. Jednak gdy weszłam 17.09.2010 na stadion przy Reymonta, było to coś magicznego. Tysiące ludzi śpiewających jednym tchem „Tylko Wisła” zaczarowały mnie tak ,że od tamtej pory byłam na każdym meczu przy Reymonta dopingując naszych chłopców ubrana w barwy Wisły. Jednak w pamięci mam mecz Wisły z Legią i tą wygrana 4:0! Ludzie rzucający się sobie na szyję z radości, łączący się nieznajomi, byle tylko móc podzielić się z kimś pokładami energii ,którą daję wygrana Chłopców Białej Gwiazdy. Jednak to, co się wydarzyło po meczu, tego nie jestem w stanie opisać. Była cudowna atmosfera. W klubie „Back to track” świętowaliśmy wygraną przy pieśniach Wisły Kraków. Nagle do ucha usłyszałam : „Jeżeli Wisła zdobędzie Mistrza, to od razu Ci się oświadczam”. ;-) Wisła to już część naszego życia. Weekend bez meczu to weekend stracony! ;-)


Ze zwycięzcami skontaktujemy się drogą mailową



do góry strony