Aktualności
OSTATNIE NEWSY.
Rok 2009 Waszym zdaniem
Data publikacji: 06-01-2010 14:00Miniony rok dla Wisły Kraków był bardzo burzliwy. W Waszej pamięci zapisała się przede wszystkim ligowa wiosna, którą Wiślacy przeszli jak burza oraz porażka z Levadią i derbowa przegrana.
Dziękujemy Wam wszystkim za nadesłane prace. Trudno nam było wybrać te najlepsze, bo każda z nich była wyjątkowa. Po długich naradach postanowiliśmy nagrodzić sześć poniższych tekstów, jednak dla wszystkich, którzy wzięli udział w naszym konkursie, mamy małą niespodziankę :)
Jaki był rok 2009? Ciśnie się na usta wiara i optymizm, że był cudowny, wspaniały, w końcu Wisła jest MISTRZEM! Ja, jako żona i matka wiślackich kibiców, patrzę na to troszkę inaczej, bo owszem Wisła dostarczyła wrażeń nie tylko moim najbliższym ale i mnie, skromnej obserwatorce. Te wielkie przygotowania. Mąż niczym generał rzuca komendami. Koszulka na kurtkę (obowiązkowa wizytówka), szaliki zawiązać, czapki założyć. Termosy, prowiant, gdzie są? Rewizja szczegółowa, wpatrzeni we mnie, że to niby ja dywersję odstawiam. Są, bezpieczne i tak przygotowani wyruszają na spotkanie grupie rodzinnej mojej przyjaciółki. Zwarci, szczęśliwi, ze śpiewem na ustach, wiadomo, każdy Wiślak śpiewa, choć może czasem lepiej lub gorzej. Sesja wyjazdowa do Sosnowca, stłoczeni w samochodzie, ale jadą z wiarą, że będzie się działo. I, powrót, miny nietęgie, syn wyciera nos w szalik, załamany porażką, a mąż w milczeniu dyskutuje ze swoim drugim ja, dlaczego? Nie pytam, wiem co się stało i staram się ze wszelkich swoich sił dodać trochę słodkości, zaczarować świat na nowo. Zwycięstwo! Wiara i nadzieja powróciła! Jutro jest nowy dzień! Przeżywałam i przeżywam wszystkie wygrane, ale też i porażki, najtrudniej było jednak znieść przegraną z Legią i Lechem, mimo że kibicuję platonicznie. Było, minęło. Radość z wygrywania jest dużo przyjemniejsza :). Cieszę się z tych momentów i jestem dumna z Wisły, ale też z moich kibiców. Patrzę z podziwem na męża, który potrafił tą miłością do ukochanego klubu zarazić naszego syna. Zaznaczam miłością pozytywną, bez przemocy, odpowiedzialną, bo wiem, że burdy i chuligańskie wybryki nie leżą w naturze mojego syna. Liczy się udział i emocje, i ten dreszczyk, który czują na plecach przed rozpoczęciem meczu. Więc jaki był ten rok? Jak zawsze emocjonujący, dla nich i dla mnie czyli żony kibica. Nie jest to łatwa rola, to kawał ciężkiej pracy, studzenia wzburzenia i zwykłej złości, ale także wnoszenia okrzyków i zbiorowej euforii. Życzyłabym sobie tylko jednego, wreszcie gotowego stadionu, na którym powieje herbowa flaga. Może pójdę z nimi na mecz, zobaczę na własne oczy i zrozumiem, czym jest ta prawdziwa wrzawa na stadionie, kiedy WISŁA zwycięża.
Jaki był ten Wiślacki 2009 rok? To nie tylko konkursowe pytanie, ale także pytanie, które każdy sympatyk Białej Gwiazdy zadał sobie wraz z końcem rundy jesiennej. A więc jaki był? Z pewnością można go podzielić na dwie części: okres kiedy graliśmy u siebie w domu, czyli na Reymonta oraz ten spędzony na „emigracji”. Cieszy fakt, że bez względu na utrudnienia znalazła się grupa ludzi szczerze kochających Wisłę, która poświęcała swój czas i jeździła do Sosnowca. W swoim imieniu mogę powiedzieć, że każdy wyjazd do Sosnowca był dla mnie niesamowitym przeżyciem i świetną zabawą bez względu na to jaki był wynik meczu i ilu kibiców było. Ale to nie o meczach w Sosnowcu chciałam pisać. Chcę opowiedzieć o jednym szczególnym dniu, który zapewne każdy z nas pamięta: 30.05.2009 r. Dzień, w którym Wisełka zdobyła Mistrzostwo nie zapowiadał się dla mnie wesoło. Od samego rana na uczelni w tych w godzinach, w których mój ukochany klub miał rozegrać ostatni mecz w tym sezonie, ja miałam pisać ważny egzamin. Cały dzień zastanawiałam się co zrobić: rozum podpowiadał mi, że powinnam zostać na egzaminie, ale serce wyrywało się w stronę Reymonta. No i serce wygrało, urwałam się z uczelni, wróciłam do domu, przebrałam się w koszulkę Wisły, wzięłam szalik, a po drodze na mecz zgarnęłam koleżankę. Nie miałyśmy biletów na mecz więc oglądałyśmy go „U Wiślaków”, gdzie atmosfera była nie do opisania. Co było dalej każdy wie: Wisła wygrała mecz, była uroczystość na murawie, a później marsz kibiców na rynek. Idąc naszym krakowskimi ulicami otoczona byłam masą szczęśliwych, nieznanych mi ludzi z którymi wiedziałam, że łączy mnie jedno: miłość do Wisły Kraków. To było niesamowite przeżycie, czułam, że w tym momencie nic innego się nie liczy, wszystkie sprawy życia codziennego, problemy i smutki z którymi wszyscy musimy się mierzyć codziennie zostały w domu. Nic złego nie mogło się wtedy stać. Oczekiwanie na przyjazd piłkarzy to była jedna wielka zabawa. Gdy już piłkarze przyjechali rozpoczęło się świętowanie na całego. W tym dniu żegnali się z nami dwaj piłkarze: Marek Zieńczuk i Marcin Baszczyński. Pokazali swoim zachowaniem, jak wiele dla nich znaczy ten klub i my kibice, z którymi ciężko było im się rozstać. Po oficjalnej części, kiedy piłkarzy już nie było z nami na rynku, spora część kibiców poszła świętować w mniejszym gronie, ale też wielu z nas zostało i dalej bawiło się na rynku. Do dziś nie żałuję swojej decyzji, bo bycie w tym miejscu, w tym czasie z tymi ludźmi i świętowanie kolejnego mistrzostwa Wisełki było bezcennym przeżyciem, a egzamin i tak zdałam :)
Wiosna 09' w wykonaniu Wisły dla mnie była egzaminem charakteru, egzaminem, który drużyna w 100 procentach zdała. Emocjonujące mecze, nerwowe końcówki wola walki, ambicja. Objęcie fotelu lidera (po uplasowaniu sie na 5 pozycji na koniec rundy jesiennej) było jak wspięcie się na szczyt najwyższej góry świata. Utrzymanie się na tym szczycie wymagało jeszcze większego wysiłku ale udało się! Braterski mecz, a po nim wspólne świętowanie upragnionego Mistrzostwa Polski! Jak bardzo bym chciał, by rok 2009 się tak zakończył... O kompromitacji z Levadią nie chcę wspominać, bo boję się, że ci co to będą czytać, to kolejne dni będą chodzić z żalem w sercu, z takim samym żalem co wtedy - po porażce w Tallinie. Niestety w mojej hierarchii jest coś ponad tą klęskę, ponad najgorsze upokarzające porażki na arenie międzynarodowej jak i na krajowym podwórku – 22 listopada 2009. Nigdy w życiu – nigdy – nie czułem takiej pustki w sercu jak w ten dzień około godziny 18:45, gdy siedziałem na trybunach Stadionu Ludowego i patrzyłem na tych osobników w czarnych trykotach skaczących w kółku ze śpiewam na ustach – „Każdy to powie, Cracovia rządzi w Krakowie!”. Jak bardzo byłem naiwny w tamtej chwili, by sobie wmawiać, że to sen, że to coś niemożliwego. Żadne argumenty, że to raz na 50 lat, że to nie w Krakowie, że Pasy oddały jeden strzał, nic – po prostu nic – nie pozwalało mi zrozumieć, że to się stało, że Moją Miłość przyćmiła ta gorsza strona Błoń, choć na chwilę, choć na jeden dzień. Moja wiara i moje przekonanie, że droga, którą obrałem w życiu – droga z Białą Gwiazdą w sercu – jest dobra, zostało potwierdzone i umocnione. Bo właśnie tego wieczoru zobaczyłem jak mój organizm zareagował na klęskę w derbach i uświadomiłem sobie, że to jest część mnie, część mojego życia i że nigdy nie wyprę się mojej Trójkolorowej wiary. Wiem, że dla wielu liczą się mistrzostwa, sukcesy i najwyższe laury, ale dla mnie najważniejsza jest ambicja i wola walki taka, jaką widzieliśmy na wiosnę. Niestety zabrakło jej pamiętnego 22 listopada i musieliśmy doświadczyć tego haniebnego doznania – porażki w derbach. Właśnie tak. Cały rok przyćmiły derby, ale pamiętajmy: „Czy wygrywasz czy nie, zawsze ja kocham Cię, w sercu moim Wisła i na dobre i na złe”.
W tym roku trzeba wyróżnić kilka dat. Są to na pewno: zdobycie mistrzostwa, wygrana z Pasami 4:1, wygrana z Legią 1:0, no i trzeba tu wspomnieć też o porażce w dość żenujący sposób 0:1 z drugą stroną Błoń. W tym sezonie postanowiłem, że będę w Sosnowcu za wszelką cenę. Prawie mi się to udało, zaliczyłem 7 wypraw na ulicę Kresową, poznałem w pociągu wielu wspaniałych ludzi. A w tym roku na pewno utkwiła mi w głowie data 24 października. I teraz wszyscy zadają sobie pytanie dlaczego akurat ta data? Przecież było dużo piękniejszych chwil. Jak pewnie niektórzy się domyślają był to mecz z Piastem Gliwice, na trybunie krytej zasiadło około 40 zagorzałych fanatyków Piasta. Naprzeciwko zasiedliśmy My. W liczbie ... około 500 osób!! Na kibiców WISŁY KRAKÓW, którzy na przeciętny mecz w zeszłym sezonie z Górnikiem Zabrze zameldowali się w liczbie około 12 tyś. to był naprawdę żenujący wynik. Gdy rozejrzałem się po trybunie odkrytej wiedziałem już, że doping będzie więcej niż kiepski. Chętnych do dopingowania swojej Drużyny było naprawdę mało. Ale ci, którzy byli tam w myśl „JESTEŚMY ZAWSZE TAM...” robili wszystko, by piłkarzom grało się lepiej. Szczególny pokłon należy się gniazdowym, którzy robili wszystko, by wydobyć z nas wszystko. W ten dzień szczególnie często dało się usłyszeć „Parmę”. Szło to bardzo przeciętnie. Aż w drugiej połowie gniazdowy nie wytrzymał... Zszedł z gniazda, zabrał ze sobą bęben i wszedł w środek sektora naprzeciwko gniazda i wrzasnął: „Ci, którzy chcą dopingować zapraszam tutaj...”. Wszyscy ścisnęli się w tym jednym sektorze i zabrzmiała wspominana „Parma”. Wtedy wiedziałem już, że to nie był przeciętny mecz. Jak na taką liczbę to była naprawdę Miazga. I teraz już wiem ... Że nie liczy się tylko ilość...
Rok 2009 kojarzy mi się z wykresem sinusoidy, na którym zaznaczyłbym trzy punkty, trzy wydarzenia, które najmocniej utkwiły mi w pamięci. W pierwszej części wykres krzywej pnie się w górę, by osiągnąć apogeum w dniu 30 maja. To właśnie wtedy zakończył się pościg Wisełki za rywalami, zakończony zdobyciem Mistrzostwa Polski. Druga część diagramu z punktem zakreślonym na samym dnie to szybki, bolesny upadek – porażka z Levadią Tallin. Trzeci moment znów zaznaczam na samej górze. Jest to mistrzostwo jesieni z pięciopunktową przewagą nad v-ce liderem. Z tych trzech faktów chciałbym skupić się na jednym, niestety nieprzyjemnym. 22 lipca to chyba najczarniejszy dzień w historii Wisły. Zmieniona struktura kwalifikacji do Ligi Mistrzów miała spowodować, że w tym roku droga do raju będzie najłatwiejsza. Tymczasem wiślackie marzenia prysły bardzo szybko. Tym razem nie był to Real Madryt, czy FC Barcelona. Tym razem była to estońska Levadia, a co gorsza ze snu o LM wyrwano nas już w II rundzie. Dramat. Pamiętam ten nieszczęsny dzień jakby to wszystko wydarzyło się wczoraj. Relację z meczu śledziłem na oficjalnej stronie Wisły Kraków. Ubrany w czerwoną koszulkę i szalik siedziałem wlepiony w ekran monitora. Ze zdenerwowania obgryzałem paznokcie, nie dopuszczałem do siebie myśli, że możemy nie awansować. Po bezbramkowej pierwszej połowie nadal wierzyłem w zwycięstwo. Nadeszła 90. minuta. Przeczytałem, że Estończycy mają rzut wolny. Za kilkanaście sekund na stronie pojawiła się ikonka piłeczki. Gol! Ale dla kogo? Nie chciałem czytać wpisu. Zasłoniłem go ręką. Wstałem z fotela i cały trzęsąc się myślałem czy to już koniec marzeń, czy może Wiślacy wyprowadzili kontrę… Niestety… Duża czerwona czcionka oznajmiała, iż to Levadia prowadzi 1:0. Szok. Konsternacja. Załamany rzuciłem się na łóżko. Do oczu same cisnęły się łzy. Po kilku godzinach w Internecie pojawił się skrót z meczu, nie mogłem uwierzyć, że nie wykorzystaliśmy tak znakomitych okazji. Nadal nie docierało do mnie, że odpadliśmy, że to już koniec. Pamięć przywoływała 8. miejsce w lidze w sezonie 2006/07. Gdzieś przez te wszystkie negatywne myśli przebijał się fragment przyśpiewki „Po burzy słońce wychodzi zza chmur…”. Przeżyłem jednak wtedy największy w życiu moment zwątpienia. Wstyd mi za to. Dziś już wiem, że słońce znów zaświeciło nad Krakowem. Piłkarze Wisły ponownie są na szczycie. Niestety plama po dwumeczu z Levadią tak szybko się nie spierze. Gdyby nie ta wpadka, to minionego roku nie porównywałbym do sinusoidy, a być może do wykresu, który pnie się w górę nie tylko na polskiej arenie, ale też na arenie międzynarodowej.
Rok 2009 przyniósł wiele dobrych ale i też tych smutnych chwil. Bardzo ciężko było obronić mistrzowski tytuł na szczęście nam to się udało i spotkaliśmy się po raz kolejny na Rynku Głównym w Krakowie. Dla mnie najważniejszym momentem w tym roku był maj, w którym to wybrałem się „W podróż śladami Wisły”. Zaczęło się od meczu z ŁKS Łódź na wyjeździe. Stosunkowo do tego miasta miałem najbliżej, bo mieszkam w Gostyninie koło Płocka. Niestety, nie było zorganizowanej grupy Armii Białej Gwiazdy dlatego musiałem jak mysz pod miotłą siedzieć na trybunie ŁKS ;). Zwycięstwo 4-0, świetny humor i powrót do domu. Następny mecz to już dużo dłuższy wyjazd do Gdańska na fantastyczny jak zwykle mecz przyjaźni. Piękne przyjęcie przez Zielonych i horror na boisku. W głowie miałem słowa Henryka Reymana: „Nie dopuśćcie do tego, by ludzie uznali Was za niegodnych... podania ręki”... piłkarze usłyszeli moje wołanie ;)...Zwycięstwo i wielka szansa na zdobycie mistrzostwa. Po tym meczu wiedziałem, że w przyszłym tygodniu będę się bawił na fecie. Czekała mnie podróż do domu parę dni odpoczynku i kolejna podróż, tym razem na R22... Kolejny mecz przyjaźni... „Wisła z Krakowa to Śląska druga połowa”... śpiewając tę pieśń szykowałem się na przejście drogami miasta na rynek główny. To co najbardziej trafiło w moje serce, to co najbardziej mnie wzruszyło i uświadomiło mi jak bardzo kocham Wisłę, to pożegnanie dwóch żywych legend Białej Gwiazdy. „Baszczu” przyszedł do nas na sektor i pożegnał się z nami, a w tym samym czasie „Zieniu” przypieczętował 12. tytuł Mistrza Polski dla Wisełki. Na rynku śpiewając rozpoczętą przez „Brozia” melodię „Jesteś legendą, hej Baszczu jesteś legendą” zacząłem płakać ze szczęścia, że mam okazję być kibicem tej drużyny. Wtedy w ogóle nie zastanawiałem się kiedy wrócę do domu, gdzie przenocuję... nad niczym się nie zastanawiałem, chciałem się cieszyć tą piękną chwilą... Długo bawiliśmy się razem z piłkarzami, a później sami... W końcu trzeba było wsiąść do pociągu i wrócić to domu. Razem ze szwagrem wracając z dworca pytaliśmy ludzi: kto został Mistrzem Polski? Ubrani w barwy Wisły, nie obawiając się, że przecież miasto jest podzielone na Legię i Widzew... Byłem tak ożywiony, że nic nie byłoby mi wstanie popsuć humoru. Do tej pory oglądając filmiki z fety przechodzą mnie ciarki i cieszę się, że tworzyłem tą historie razem z Wiślackimi Braćmi. Już teraz wiem, że Wisła uzależnia... jest mocnym narkotykiem i mam nadzieje, że nikt z nas nigdy się tego nałogu nie będzie próbował pozbyć...
Autorzy powyższych prac są jednocześnie zwycięzcami naszego konkursu. Skontaktujemy się z Wami poprzez maila, żeby ustalić, jak możecie odebrać Wasze nagrody.
Biuro Prasowe Wisły Kraków SA






















