Aktualności
OSTATNIE NEWSY.
Okrutne piękno futbolu
Data publikacji: 27-05-2015 17:18Piłka nożna to sport, który kochają miliony fanów na całym świecie. Wyjątkowość tej dyscypliny wyznaczana jest nie tylko przez piękną grę drużyn i cudownej urody bramki, ale także nieprzewidywalność i zmienny rozwój wypadków.
Przykładem, wydawać by się mogło przegranego już meczu, jest spotkanie rozegrane 4 kwietnia 2004 roku przy Reymonta, kiedy to Biała Gwiazda w starciu z Amicą Wronki w 78. minucie straciła bramkę po strzale Marka Zieńczuka. Dziesięć minut później zaczęły dziać się wręcz niewyobrażalne rzeczy. Najpierw wyrównujące trafienie odnotował Tomasz Frankowski, a tuż przed ostatnim gwizdkiem sędziego szalę na korzyść Wisły przechylił Tomasz Kłos. W rywalizacji tej, która przyniosła gospodarzom trzy punkty, grał także Mirosław Szymkowiak. „Wtedy Wisła miała taką ekipę, że w każdym meczu byliśmy faworytem. Jednak w spotkaniu z Amicą zupełnie się nam nie układało, chociaż mieliśmy bardzo dużą przewagę, piłka nie chciała wpaść do bramki. W tamtych czasach zdarzały nam się takie potyczki, podczas których trzymaliśmy kibiców w niepewności do samego końca. Wiemy, że ostatnio jest z tym problem, ale kiedyś to się musi odwrócić i w końcu w drugą stronę wpaść. Miejmy nadzieję, że już w najbliższym czasie tak będzie, bo to co ma miejsce dotychczas, jest wręcz niewiarygodne” – powiedział popularny „Szymek”.
.jpg)
23 sierpnia 2005 roku piłkarze Białej Gwiazdy mierzyli się w meczu rewanżowym III rundy eliminacji do upragnionej Ligi Mistrzów z Panathinaikosem Ateny. Wiślacy do stolicy Grecji udali się w dobrych nastrojach, ponieważ dwa tygodnie wcześniej rozprawili się z rywalem na własnym terenie, wygrywając 3:1 po bramkach Pawła Brożka, Kalu Uche oraz Tomasza Frankowskiego. Niestety, już wtedy zawodnicy z Krakowa przekonali się, że w futbolu niczego nie można być pewnym. Ostatecznie w kolejnej fazie rozgrywek zagrali rywale. Spotkanie to, z powodu dramatycznego rozwoju wypadków, zapadło w pamięć Marcinowi Kuźbie. „Jadąc na ten mecz, byliśmy niemalże pewni swego. Rywale prowadzili jednak po 65 minutach 2:0, a naszą nadzieję przedłużył trzynaście minut później „Sobol”. Potem było tylko gorzej: Ateńczycy zdobyli gola, sędzia cztery minuty przed końcem meczu nie uznał trafienia Marka Penksy, a Radek Sobolewski wyleciał z boiska. W dogrywce gospodarze niestety nas dobili. Pamiętam, że te olbrzymie emocje potęgował 35-stopniowy upał, aż odcinało nam tlen, nie mieliśmy czym oddychać” – wspominał Marcin Kuźba.
.jpg)
To co los zabrał Wiśle, oddał w pewnym stopniu rok później podczas meczu rewanżowego I rundy Pucharu UEFA w Salonikach z tamtejszym Iraklisem. Grecy do wspomnianego spotkania podeszli z jednobramkową przewagą wypracowaną podczas meczu rozegranego w Krakowie. Spotkanie to bardzo dobrze pamięta redaktor Gazety Krakowskiej, Bartosz Karcz, który 14 września 2006 roku zasiadł na trybunie prasowej. „Był to bardzo słaby mecz, tak naprawdę przez 90 minut niewiele się działo. Natomiast potwierdzał on tezę, że nadzieja umiera ostatnia i czasami o sukcesie w sporcie decyduje przypadek. Końcówkę tej potyczki można uznać za szaloną i takim nieobliczalnym zawodnikiem był Nikola Mijailović, który w 90. minucie zdobył gola. Żeby było śmieszniej, to piłka odbiła się i do bramki wpadła po rykoszecie. Iraklis przestał wtedy grać, natomiast Wisła złapała oddech i w dogrywce przypieczętowała swój awans do fazy grupowej po bramce Mauro Cantoro. Emocje były bardzo duże, bo pamiętam, że dosyć mocno krzyknęliśmy w Salonikach, mimo że było wtedy 3-4 dziennikarzy z Polski. Nie patrzono na nas z sympatią, ale na szczęście nie musieliśmy tym specjalnie się przejmować” – sięgnął pamięcią.
.jpg)
Historia takich meczów prowadzi nas wprost do powiedzenia: dopóki piłka w grze… Każdy kibic potrafi je dokończyć i każdy kibic może być tego bezpośrednim świadkiem.
K. Kawula
Biuro Prasowe Wisły Kraków SA






















