Strona główna » Aktualności » Moje wiślackie wagary

Moje wiślackie wagary

Data publikacji: 21-03-2012 10:12



W zeszłym tygodniu ogłosiliśmy konkurs na najciekawsze wspomnienia z waszych wiślackich wagarów. Spośród kilkudziesięciu prac wybraliśmy sześć naszym zdaniem najciekawszych, których autorzy otrzymali bilety na wczorajszy mecz z Lechem Poznań. Dziś natomiast, w pierwszy dzień wiosny, publikujemy zwycięskie wspomnienia.


Wiślackie wspomnienia


Jeśli wspomnienia to jedyny wehikuł czasu jakim dysponujemy, to mając możliwość przeniesienia się myślami do przeszłości zapewne cofnęła bym się do roku 1996. To był wyjątkowy czas... Tak myślę, że jeśli przejażdżka do przeszłości, to tylko w tę ciepłą, zieloną wiosnę i pierwsze miłości na Reymonta. Odkurzając te wspaniałe wspomnienia widzę oczyma mojej wyobraźni 3 wątki, które się połączyły i do dziś trwają ze sobą ściśle i nierozerwalne: wagary, Piotrek i pierwszy mecz, jak się później okazało, ukochanej drużyny. Tak zaczęła się miłość w dwóch wymiarach, ale tylko jedna z nich zaplanowana, druga zupełnie spontaniczna i przypadkowa.
Tamtej wiosny odbywając kolejny rok praktyk w Technikum gastronomicznym na ul. Oleandry, lepiąc trzy setnego pieroga z serem z wlepionymi oczami w ścianę, zabijałam kolejną wolno ciągnącą się godzinę myślami, że może wydarzy się w końcu coś niezwykłego. Takie tam bujanie w obłokach o niespełnionym uczuciu do kolegi z równoległej klasy. W przerwach pomiędzy myśleniem o Piotrku marzyłam o szybkim zakończeniu marnego dnia na praktykach.
Piotrek tego dnia zrywał się wcześniej z praktyki, bo miał coś ważnego do załatwienia. Uroczy, inteligentny zaproponował wspólne wagary, a ja bez namysłu zgodziłam się, bo przecież z nim poszła bym wszędzie... tak wszędzie, ale na litość boską nie na mecz!!!! Do licha, pomyślałam, jeśli to jest ta ważna sprawa, nasza skala priorytetów zupełnie się rozmijała. To będzie najgorsza randka w całym życiu, pomyślałam... ale tam zaczęło się wspólne wspaniałe życie z Piotrkiem i z Wisłą.
Moje pojęcie o piłce nożnej było zerowe, bo o tym, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie wiedzą wszyscy, ale że dopóki piłka jest w grze, wszystko może się zdarzyć, zrozumiałam właśnie wtedy. Przy pierwszej bramce Wisły tłum zwariował, a doping był chyba najlepszy jaki widziałam, a może to okoliczności tak na mnie wpłynęły, że pamiętam to tak dokładnie. Przez cały mecz Piotrek dzielił swoją uwagę między murawą, a udzielaniem mi odpowiedzi na pytania: Co to jest spalony? W jakich koszulkach są nasi? A dlaczego rożny? Dlaczego żółta kartka, a nie czerwona? Cierpliwość mojego kibica została wynagrodzona, bawiłam się świetnie, tłum porwał mnie do śpiewania, a później zapytałam: „Czy zabierzesz mnie na następny mecz?”. Piotrek objął mnie ramieniem i trzykolorowym szalikiem zrobionym na drutach i powiedział: „Jasne, będziemy tu przychodzić razem, a kiedyś z naszymi dziećmi”. Zaśmiałam się, bo jedyną myślą zaprzątającą moją głowę była mieszanka emocji, nowego rodzącego się uczucia i strachu przed nieusprawiedliwionym zniknięciem z praktyki... To była nasza pierwsza randka, to był pierwszy wspólny mecz, to była prawdziwa miłość!!!
Na ostatniej mistrzowskiej fecie staliśmy tak samo jak 18 lat wcześniej, tak jakby nic się nie zmieniło. Wagary z pracy, mój mąż Piotrek, ten sam sektor, choć o ile piękniejszy i nasz wełniany stary szalik. Kolorowe konfetti, śpiew tłumu, „nasi na murawie”, oklaski, krzyki i tylko lekko słyszalnie z tłumu przebijał się głos: „Mamo, czy zabierzecie nas na następny mecz?”
I tak - historia lubi się powtarzać, a nasze córki już od najmłodszych lat są wierne Wiśle, jej kibicują i wiedzą, że barwy są w sercu i nigdy się nie zmienią. Tak stworzyła się nasza rodzinna tradycja, tak stworzyliśmy wspólną pasję, tak tworzy się historia Wisły i jej wiernych kibiców.

____________________________________________________________________________________________

Wszystko zaczęło się w przeddzień meczu z Gks-em Bełchatów w rundzie jesiennej. Długo prosiłem i namawiałem mamę, żeby podpisała napisane wcześniej przeze mnie zwolnienie z kilku lekcji. Niestety rozmowa zakończyła się fiaskiem, a na koniec usłyszałem, że na mecz nie pojadę w ogóle. Oczywiście nie przyjąłem tego do wiadomości.
Na drugi dzień wstałem rano wcześniej od mamy, spakowałem książki, schowałem szalik do plecaka, zarzuciłem jeszcze na siebie bluzę Wisły i ruszyłem do szkoły. Liczyłem czas do dzwonka. Miałem wrażenie, że wskazówka zatrzymała się w miejscu... W końcu upragniona przerwa ! Ale do końca jeszcze 4 lekcje... Niestety, nie dla mnie. Szybko uciekam na dworzec, gdzie czekają pozostali znajomi.
W drodze mama próbowała się do mnie dodzwonić, co spowodowało wyłączenie przeze mnie telefonu. Z dworca na stadion i przeszukanie plecaka. Śmiech ochroniarza wywołało kilka zeszytów, długopis i kilka kanapek...:)
Wiślackie wagary powiodły się, ale jeszcze powrót do domu... Czas włączyć telefon, a na dodatek iść na nogach 10 km z dworca... Ale to nic. Bardziej martwiłem się o to, co będzie w domu... Mama chyba zrozumiała, że nie może mi tego zabronić i obyło się bez długiego kazania :)

Radek B.
____________________________________________________________________________________________

Pamiętam dobrze wagary me, marzeniami żyłem jak król… 7 rano, jak co dzień trzeba wstać i szykować się do szkoły; śniadanie i oczywiście poranne pakowanie plecaka na…. no właśnie nie na lekcje, lecz na umówioną wycieczkę z ulubionym kolegą. Wtedy postanowiłem nie iść do szkoły, tylko wybrać się na stadion mojej ukochanej drużyny, którą oczywiście jest Wisła. W plecaku miałem kanapki, które dała mi mama i które miałem zjeść na przerwie obiadowej. Nigdy nie lubiłem, gdy musiałem nosić jedzenie w plecaku, ale wtedy byłem z nich zadowolony, ponieważ czekała mnie długa podróż, a to dlatego, że pochodzę z Głogowa, czyli na stadion Wisełki miałem około 400 km, a trzeba było je przebyć pociągiem…
Pierwsze nasze problemy spotkaliśmy przy kasie na PKP. Pani za okienkiem koniecznie chciała wiedzieć, dlaczego tacy młodzieniaszkowie sami wybierają się do Krakowa, ale udało nam się uniknąć nieprzyjemności i po paru chwilach byliśmy już w pociągu. Podróż dla mnie była bardzo, bardzo długa i męcząca, ale fakt, że jechałem zobaczyć swoich ulubieńców, tj. K. Kosowski, M. Szymkowiak, T. Frankowski, M. Żurawskiego, dawała mi siły i uśmiechu na usta.
Dotarliśmy do Krakowa, ale co teraz? I wtedy narodził się pomysł proszenia ludzi, aby powiedzieli nam jak dojść na stadion Białej Gwiazdy. Pierwsze osoby mówiły nam, na jakiej to jest ulicy, ale przecież my dobrze znaliśmy adres, tak wiec najłatwiej było zapytać pana z taksówki - przecież on idealnie zna Kraków. Pan z jasnego mercedesa miał za tylnią szybą szalik Wisły - to był dla nas dobry znak. Gdy poprosiłem o drogę, nawiązała się miedzy nami rozmowa i taksówkarz był bardzo zdziwiony jak powiedziałem, że przyjechaliśmy z tak daleka i na nasze szczęście był super gościem, który za darmo nas zawiózł pod sam stadion mówiąc: „Czego się nie robi dla Tej drużyny”. Te słowa pamiętam do dziś. Wtedy pierwszy raz ujrzałem z bliska nie duży, ale ładny obiekt sportowy, który wcześniej widziałem tylko w telewizji. Nie udało nam się być na meczu, ale sam fakt, że byłem przy stadionie, robił na mnie wrażenie, wokół areny Wisły zrobiliśmy paręnaście okrążeń, aby tylko się napatrzeć na zaś, bo wiedziałem, że nie będzie mi dane szybko tu wrócić. Do dzisiejszego dnia jak to wspominam, wiem, że to były najdłuższe i najfajniejsze wagary za czasów szkoły…
PS. O powrocie lepiej nie mówić, ponieważ w domu nie było za wesoło… ale czego się nie robi dla Tej drużyny…

Kamil "Kaes" z Głogowa
____________________________________________________________________________________________

Najlepsze wagary w życiu

Był sezon 2007/2008. Miałem wtedy lat czternaście. Mieszkam 400 km od Krakowa i na Wiśle nie mam okazji być zbyt często. Zbliżał się ligowy mecz z Lechem. Nigdy wcześniej nie byłem na Reymonta. Ba, nigdy wcześniej nie byłem nawet w Krakowie. Mecz z Lechem zaplanowany był na 1 września(tj. sobota). Pewnie myślicie teraz, jak mogłem wagarować dla Wisełki w sobotę? Mogłem, ale o tym zaraz.
Do Krakowa przyjechałem 2 dni wcześniej. W przeddzień meczu powędrowałem do Wiślackiego Świata kupić jakąś wiślacką koszulkę. Już wtedy widziałem stadion z zewnątrz i nie mogłem się doczekać dnia meczu, by móc zasiąść na trybunach i móc krzyczeć "WISŁA Z KRAKOWA, TO CAŁEJ POLSKI KRÓLOWA". W końcu się doczekałem. Brożek, Jasiek, Brożek, Jasiek i do przerwy było 4:0! Nie mogło być lepiej. Skończyło się 4:2, a ja do domu wracałem z gardłem zachrypniętym bardziej niż po koncercie Dody.
Dzień po meczu postanowiłem, z racji tego, że Kraków widziałem pierwszy raz na oczy, trochę pozwiedzać. Miasto pochłonęło mnie tak bardzo, że zwiedzałem je pół dnia. Przekonany byłem, że wieczorem będzie zadowalający mnie pociąg jadący do mojej miejscowości. Niestety się przeliczyłem. Z czym to się wiązało? Ano z tym, że z Krakowa wyjechałem dopiero w poniedziałek rano. To natomiast oznaczało, że gdy moi koledzy i koleżanki z klasy właśnie rozpoczynali rok szkolny, męcząc się na pewnie nudnym apelu, ja byłem w pociągu, wspominając cudowny spektakl piłkarzy Wisły. Pierwszy raz opuściłem rozpoczęcie roku szkolnego! Ale dla tej drużyny, dla tego miasta, dla tego meczu, dla tego weekendu było warto!
Teraz po 4,5 roku od tamtego meczu Wisełka znów zagra przy Reymonta 22 z Lechem. Nie miałbym nic przeciwko, by to spotkanie zakończyło się takim samym wynikiem jak mecz z 1 września 2007r. Tylko, że w kadrze Lecha nie ma już Emiliana Dolhy.. ;)

Błażej
___________________________________________________________________________________________

Od kołyski, aż po grób - Wisła Kraków

Od dawien dawna, jak tylko pamiętam,
w domu i w rodzinie - Wisełka rzecz święta.
Dlatego i wagary nie są rzeczą nową,
musicie wierzyć mi teraz na słowo.
Był dzień 14 grudnia,
przed świętami, pamiętam, pora była późna.
Nie mogłam przeboleć, że zawsze i wszędzie,
czy na stadionie czy przed telewizorem,
byłam z Wisełką, a dziś mnie nie będzie.
Bo jak się okazało, do pracy mnie wezwali,
w tym dniu i godzinie, jak Wiślacy grali.
Ale, że dziewczę ze mnie zawzięte,
od tak, wyszłam z pracy - poszłam na mecz z Twente.
Nie pytajcie o konsekwencje,
bo w pracy już się nie pokazałam,
nie dlatego, że stchórzyłam, czy też, że się bałam.
Ale po prostu, nie wyobrażam sobie;
jak coś ważniejszego od meczu być może?!
Dodatkowo jeszcze lekko kontuzjowana byłam,
ale jak wyszłam z pracy od razu się ożywiłam.
Dotarłam na stadion, gdzie na mnie czekali
Koledzy ze studiów - także wielcy fani.
Śmiali się ze mnie, że kuleje i, że z bólu się zwijam,
obawiali się, że na trybunach będę się obijać.
Oj pomylili się i to bardzo, bo nie znam człowieka,
który wchodzi na "młyn" i na ból narzeka.
Bo ta atmosfera wszystkim się udziela
i przyjmuje postać - uzdrowiciela.
Bo, gdy czasem boli mnie głowa,
migiem przechodzi, gdy widzę Genkov'a
Pech dał, że we wtorek, gdy z Lechem gramy,
na mojej uczelni cykl wykładów mamy.
Ale przecież zajęcia nie zając - notatki się skseruje,
a na trybunach nikt za mnie nie pokibicuje.
Mecz się nie powtórzy, choć zawsze nagrać można;
na piersi WISŁA KRAKÓW - w sercach piłka nożna !
____________________________________________________________________________________________

Mieszkam 40 km od Krakowa. Zawsze, gdy mecz był w środku tygodnia albo w piątek, musiałam zwalniać się z lekcji. Rodzice na szczęście są wyrozumiali i takie zwolnienia pisali. Pani w szkole po paru razach zapytała się, czemu opuszczam tyle lekcji. Zawsze mówiłam, że mam wyjazd do ortodonty lub ortopedy. Mój nauczyciel od informatyki wie, że kibicuję Wiśle. Więc pewnego razu musiałam zostać po lekcjach, aby napisać sprawdzian. Niestety, kolidowało to z meczem. Powiedziałam, że nie mogę zostać, bo jadę do dentysty. On się uśmiechnął i powiedział "Ja wiem po co ty jeździsz do Krakowa. Jedź sobie, ale pamiętaj, że masz 2 tygodnie na napisanie tego sprawdzianu". Razem z koleżanką zaczęłyśmy się śmiać.
Pewnego razu przeczytałam na stronie internetowej Wisły Kraków, iż będzie zorganizowany dzień otwarty. Pamiętam, był to wtorek dnia 4.10.2011r. Zwiedzanie stadionu miało rozpocząć się o godz. 15:00. Właśnie o tej też godzinie miałam kończyć lekcje. Prosiłam mamę, aby ta zwolniła mnie z paru lekcji. Mama "zmiękła" i nie poszłam w ogóle do szkoły, a o godzinie 10 już byłam przy stadionie i czekałam z niecierpliwością na godzinę 15.00. Gdy tylko usłyszała o tym moja młodsza siostra, namówiła mamę i zaraz po jej lekcjach dołączyły do mnie :) Teraz ogląda z nami mecze i chce jeździć na stadion, aby oglądać je na żywo.
Tak więc ciągle się zwalniam z lekcji, a moja wychowawczyni wie, że "mam problemy z zębami", dlatego bardzo często jeżdżę do Krakowa :)

Nika


Biuro Prasowe Wisły Kraków SA



do góry strony