Aktualności
OSTATNIE NEWSY.
Strona główna »
Aktualności »
Mój pierwszy raz - Tibor Halilović
Mój pierwszy raz - Tibor Halilović
Data publikacji: 10-11-2017 09:00Zaczynał na małym boisku, na którym wraz z kolegami zbudował bramki. Futbolówkę dostał od seniora rodu, a katowanie piłki przyniosło efekty w postaci pięknych goli, pamiętanych do dziś. Tak zaczynał Tibor Halilović, bohater dzisiejszego cyklu „Mój pierwszy raz”.
Twoja pierwsza piłka?
Pierwszą piłkę dostałem od dziadka, który długo, długo grał z nami w piłkę. To były wspaniałe mecze - koledzy, brat, kuzyn, dziadek i pierwsza piłka, którą zużyliśmy do granic możliwości.
Twoje pierwsze boisko?
Między sąsiadującymi domami mieliśmy spory fragment trawy, który postanowiliśmy wykorzystać - z kolegami postawiliśmy tam bramki i graliśmy od rana do wieczora. Pierwszym poważnym boiskiem było to obok Maksimira (pierwszego stadionu Dinamo - przyp. red.), na którym zawsze grają grupy młodzieżowe. Bardziej pamiętam jednak szutrowe boisko niedaleko naszego obiektu, na którym graliśmy, gdy inne grupy okupowały tamten plac gry.
Twój pierwszy oficjalny mecz?
Nie pamiętam pierwszego meczu, ale spotkanie, w którym strzeliłem pierwszego pięknego gola. Być może teraz uderzenia z 30 metrów to pestka, ale wtedy dokopać stamtąd do bramki i pokonać bramkarza - to było niesamowite. Było to na bocznym boisku Dinamo.
Twój pierwszy gol?
Pierwszy zapamiętany to ten z 30 metrów. Cała drużyna była w szoku, ja też. Miałem 10 - 11 lat i zrobiło to na mnie olbrzymie wrażenie.
Twój pierwszy numer na koszulce?
Gdy dostałem się do grup młodzieżowych Dinama, od razu zostałem ustawiony na pozycji środkowego pomocnika. Jako, że koszulki dostawaliśmy odgórnie w zależności od miejsca na boisku, przypadł mi numer 8, z którym mogę grać do dziś. Przez chwilę jeszcze była „dycha”, a gdy w Dinamie oba numery były zajęte, poprosiłem o najniższy wolny numerek - i była to „14”.
Twój pierwszy wywiad?
Tuż przed podpisaniem pierwszego profesjonalnego kontraktu z Dinamem pojechaliśmy na turniej, z którego wróciłem z trofeum dla najlepszego pomocnika. Te dwie okazje sprawiły, że zwrócili się do mnie dziennikarze. Byłem bardzo przerażony (śmiech - przyp. red.), zupełnie nie pamiętam już, jak wypadłem.
Twoja pierwsza piłkarska pensja?
Gdy podpisałem kontrakt z Dinamem, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Zaprosiłem swoich najbliższych przyjaciół z podwórka, z którymi zaczynałem zabawy z piłką i postawiłem kolację. Za drugą wypłatę kupiłem babci telewizor, za trzecią telewizor dostali rodzice.
Twój pierwszy dzień w Krakowie
W klubie był już Zoka Arsenić, który nieco pokazał mi Rynek i okolice. Stare Miasto w Krakowie nieco przypomina Zagrzeb, więc nie odczułem dużego przeskoku, ale muszę przyznać, że centrum od razu przypadło mi do gustu. Stare kamienice, Wawel, Sukiennice - znajomi z Chorwacji dostali już wiele zdjęć i bardzo chcą tu przyjechać. Pierwszego dnia zobaczyłem też stadion - i on zrobił na mnie kapitalne wrażenie. Jest tysiąc razy ładniejszy od Maksimira.
Twój pierwszy dzień w bazie treningowej?
Gdy po raz pierwszy jechałem do bazy treningowej, byłem nieco wystraszony, a jednocześnie bardzo podekscytowany, że poznam nowych kolegów z zespołu. Na wejściu bardzo pomogli mi Zoran i Šemir Stilić, którzy tłumaczyli z polskiego i sami dla żartu uczyli mnie polskich słów. Niekoniecznie znaczyły one to, co znaczą naprawdę (śmiech - przyp. red.).
Twój pierwszy mecz w Wiśle?
Był to mecz sparingowy z drużyną z pierwszej ligi. Od razu po pierwszym ataku w nogi poczułem, że gracie tu o wiele intensywniej niż w Chorwacji. Wypadłem całkiem dobrze, koledzy i trenerzy mnie chwalili.
Twoje pierwsze piwo?
Nie lubię piwa i nie od niego zaczynałem. Dobrze, że rodzice nie znają polskiego, więc nie będą wiedzieli, że syn wypił pierwszą lampkę wina jako piętnastolatek (śmiech - przyp. red.). To były urodziny kolegi, jego „sweet sixteen”, kiedyś trzeba było spróbować!
Rozmawiał Jakub Pobożniak
Biuro Prasowe Wisły Kraków SA






















