Strona główna » Aktualności » Mistrzowskie przebudzenie Roberta Maaskanta

Mistrzowskie przebudzenie Roberta Maaskanta

Data publikacji: 17-05-2011 10:28



„Po każdym zwycięstwie najlepszym momentem kolejnego dnia jest przebudzenie się. Budzisz się i pierwsza myśl, która przychodzi ci do głowy to: Hej, wygraliśmy. W poniedziałek obudziłem się z myślą: Hej, jesteś mistrzem!” – dzielił się swoimi emocjami trener Wisły, Robert Maaskant.

Fot. Kazek K. Fot. Kazek K.

„To było dla mnie pierwszej mistrzostwo. To na pewno mój największy sukces na takim poziomie” – przyznał Robert Maaskant. Z tego powodu trener, który na co dzień nie pali i nie pije alkoholu, złamał swoje codzienne postanowienia. „Już wcześniej powiedziałem, że jeśli będziemy mistrzem, to zapalę wielkie cygaro. Wypiłem też dwie, trzy lampki szampana” – zdradził szkoleniowiec. Z cygarem związana jest dłuższa historia. „Zawsze, gdy w moim życiu zdarzają się wielkie sukcesy, palę cygaro. Tak było po narodzinach mojego syna, tak było, gdy awansowałem z NAC Bredą do europejskich pucharów. To wypalone w niedzielę cygaro było piątym w moim życiu. Smakowało jak zwycięstwo” – podzielił się swoimi mistrzowskimi przeżyciami trener.

A jak Robert Maaskant spędził mistrzowski wieczór? „Na początku trochę czasu spędziłem oczywiście na stadionie, później poszedłem z moją dziewczyną, moim tatą i znajomymi na kolację. Potem poszedłem na chwilę do miasta poszukać piłkarzy (śmiech). Kilku nawet spotkałem, ale uznałem, że lepiej będzie, jeśli będą świętowali sami. W domu byłem już około 23:30. Potem miałem problemy z zaśnięciem. Było we mnie tyle adrenaliny, cały czas myślałem o meczu” – opowiadał trener.

Dla szkoleniowca największym zaskoczeniem i niespodzianką w niedzielę była obecność na trybunach stadionu przy Reymonta 22 jego ojca. „Mój tata zrobił mi niespodziankę, przyjeżdżając na ten mecz. Nie wiedziałem, że pojawi się w Krakowie” – zdradził Maaskant. Kiedy więc trener odkrył, że bliska mu osoba jest na trybunach? „Tuż po meczu podszedłem do mojej dziewczyny podzielić się z nią radością, potem zacząłem wracać na murawę, żeby cieszyć się z zawodnikami, ale usłyszałem, że ktoś woła moje imię. Oczywiście, moje imię wołało wiele osób, ale rozpoznałem ten głos. Mój tata schodził w dół trybuny – to wtedy pierwszy raz zobaczyłem go tego dnia i dowiedziałem się, że jest na meczu, by świętować razem ze mną. Zaraz po meczu zadzwonił do mnie mój syn, który śledził w internecie relację z meczu. Wszystkie ważne dla mnie osoby cieszyły się więc tego dnia ze mną” – opowiadał Maaskant.

Trener dostał też wiele telefonów i smsmów z gratulacjami. W trakcie rozmowy pokazał nam swój telefon i zaczął przewijać listę smsów z gratulacjami. Niekończącą się listę. „To mój holenderski telefon, a przecież wiadomości dostawałem też na polski numer” – uśmiechnął się szkoleniowiec. „To fajnie, że gratulacje przysłało mi bardzo wiele osób, z którymi pracowałem. Miło, że nie zapomnieli o mnie” – cieszył się Maaskant.

Tak naprawdę w niedzielę trenera Wisły zasmuciła lekko tylko jedna rzecz. „Byłem trochę zaskoczony, że nie było nikogo z Ekstraklasy z trofeum za wygranie ligi. W Holandii, gdy jakaś drużyna ma szansę na mistrzostwo, na stadionie, na którym gra, pojawiają się władze ligi z pucharem. Od razu więc po zdobyciu mistrzostwa dostaje się puchar” – powiedział trener. Ale i w związku z tą sytuacją są i dobre strony. „Już teraz więc nie mogę doczekać się wielkiego świętowania 29 maja, kiedy zostanie nam wręczone trofeum. Najpewniej odbierze je „Sobol”, więc będę blisko niego” – śmiał się Robert Maaskant.

M. Górski
Biuro Prasowe Wisły Kraków SA



do góry strony