Strona główna » Aktualności » Kartka z kalendarza: Dokończenie meczu... po 3 miesiącach!

Kartka z kalendarza: Dokończenie meczu... po 3 miesiącach!

Data publikacji: 25-11-2016 13:53



88 lat temu na boisko w Łodzi wyszły jedenastki ŁKS-u i Wisły Kraków. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że gra miała trwać... 27 minut. Obie drużyny miały bowiem... dokończyć mecz przerwany 3 miesiące wcześniej.


Sezon 1928 był dla Wisły Kraków ze wszech miar udany. Biała Gwiazda ponownie sięgnęła po mistrzostwo Polski, a Henryk Reyman ponownie został królem ligowych strzelców. Mistrzowski pochód Wisły ozdobiły takie triumfy, jak wygrana 4:0 z Ruchem Chorzów, 6:1 z Pogonią Lwów, czy 5:1 z Cracovią. O sile krakowskiej drużyny dobitnie przekonała się stołeczna Polonia, która dwa razy uległa Wiśle w stosunku 2:7. Jeszcze bardziej bezwzględni byli Wiślacy względem Śląska Świętochłowice i TKS-u Toruń - obie te drużyny wracały spod Wawelu z bagażem 9 bramek.

Jednym z niewielu przykrych momentów tego sezonu był wyjazd do Łodzi 15 sierpnia na spotkanie z ŁKS-em. Miejscowi grali wówczas bardzo brutalnie - aż 4 zawodników Wisły doznało w trakcie spotkania kontuzji. Ówczesne przepisy nie dopuszczały zmian i Wiślacy grali w osłabieniu, czekając aż poszkodowany zawodnik dojdzie do siebie i powróci na boisko. Swoje do nerwowej atmosfery dołożyli kibice, szczególnie gdy arbiter odgwizdał rzut karny dla Wisły. Fani wtargnęli wówczas na plac gry z zamiarem pobicia sędziego. Po pewnym czasie udało się przywrócić porządek, ale by uniknąć dalszych rozruchów... końcówkę meczu upozorowano. Sędzia w momencie inwazji kibiców odgwizdał koniec meczu, potem jednak udawano, że gra toczy się dalej, a w miejsce karnego wznowiono ją rzutem bramkowym.

Całą sytuacją miały się zająć władze piłkarskie i wydawało się pewne, że ich decyzja może być tylko jedna: walkower dla Wisły. Zamiast tego... zdecydowano się na kontynuowanie gry od 63. minuty! Coś takiego w polskiej ekstraklasie nie miało miejsca nigdy wcześniej i - na szczęście - nigdy później.

Ostatecznie obie jedenastki ponownie stanęły naprzeciw siebie 25 listopada 1928 roku - miał to być ostatni akcent sezonu. Ta dogrywka nie miała już żadnego znaczenia, Biała Gwiazda była pewna mistrzostwa. Gospodarze zadbali jednak o to, by wyprawa do Łodzi zapadła Wiślakom w pamięć. Oddajmy głos Henrykowi Reymanowi, który tak wspominał te wydarzenia:

„Już od momentu przybycia do Łodzi znaleźliśmy się w dziwnej atmosferze. Dochodziły nas słuchy o prowadzonych przez naszego przeciwnika jakichś tajemniczych przygotowaniach. Kierować miał nimi podobno ówczesny trener ŁKS... Odrzuciliśmy te niedorzeczne - jak się wydawało nam plotki - a tymczasem... dogrywka okazała się starannie wyreżyserowana. W chwili, gdy weszliśmy na boisko, na którym w myśl zarządzeń znajdować się mieli tylko porządkowi - stwierdziliśmy... że na boisku znajduje się kilka tysięcy ludzi. Każdy z nich miał na ręce opaskę z napisem: porządkowy. Zgrupowani oni byli pod bramką ŁKS-u i przywitali nas tzw. kocią muzyką. Nie zrobiło to na nas specjalnego wrażenia, ale inne dalsze wyczyny musiały nas jednak wytrącić z równowagi. Tak np. przygotowano i ustawiono na punkcie karnym piłkę, której waga i wymiary były sprzeczne z przepisami. Była ona przede wszystkim niesłychanie lekka i źle napompowana. Jak dowiedzieliśmy się później w Łodzi, przygotowano na każdą pogodę inną piłkę. A że w tym dniu wiał dość silny wiatr od strony bramki, na którą paść miał rzut karny - wtedy przygotowano piłkę, którą specjalnie trudno strzelić pod wiatr. Już przed wyjściem na boisko postanowiliśmy, że karnego mam ja egzekwować... Lecz zdeprymowany niecodziennymi warunkami i... postawą sędziego chciałem w ostatniej chwili cofnąć się. Prosiłem kolegów, by któryś z nich wziął na siebie wykonanie tego rzutu karnego. Nikt się tego podjąć nie chciał, a sędzia ponaglał... Nie było więc innej rady. Cofnąłem się kilka kroków dla nabrania rozpędu, wystartowałem i z całej siły kopnąłem piłkę. Trafiłem nią w piersi bramkarza ŁKS-u, który upadł na ziemię - piłka zaś wolno potoczyła się w moim kierunku. Skoczyłem do niej, lecz w tym momencie bramkarz ŁKS-u w jakimś tygrysim skoku, poderwał się z ziemi i rzucił do przodu. Byłem rozpędzony i zderzywszy się nim mógłbym na pewno doprowadzić do kontuzji. Wybrałem... stratę bramki i punktów mistrzowskich kosztem uchronienia bramkarza od następstw. Dalsza gra była już tylko parodią zawodów. Ilekroć bowiem piłka wyszła na aut, a wykopywali ją tam często zawodnicy ŁKS-u to wracała na boisko przebita. Porządkowi mieli bowiem przygotowane gwoździe, którymi przekłuwali dętki. Stale trzeba było wymieniać piłki i... odliczać czas. To wszystko wytrącało nas z równowagi, uniemożliwiało rozwinięcie gry. Nasi przeciwnicy postawili sobie przy tym za zadanie nie dopuścić nas do pozycji strzałowej. Dosłownie rzucano się pod nogi i tarasowano sobą drogę. Mimo to nasi łącznicy Kowalski i Krupa mieli świetne okazje do zdobycia bramek. W decydujących momentach zawiodły ich nerwy... Trudno się zresztą dziwić. Kiedy dochodziliśmy do strzału, jakiś potworny ryk rozfanatyzowanych porządkowych całkowicie odbierał nam panowanie nad sobą. Tak więc ŁKS, utrzymując stan sprzed dogrywki, wygrał z nami”.

historiawisly.pl
Biuro Prasowe Wisły Kraków SA



do góry strony