Strona główna » Aktualności » Iwan: Mieliśmy drużynę stworzoną do odnoszenia sukcesów

Iwan: Mieliśmy drużynę stworzoną do odnoszenia sukcesów

Data publikacji: 25-04-2012 16:48



Andrzej Iwan jest człowiekiem silnie związanym z krakowską Wisłą, w której spędził dziesięć lat. W najbliższy poniedziałek, na meczu derbowym, zostanie uhonorowany jako kolejna Legenda Białej Gwiazdy. „Jeśli prześledzę postacie honorowane przez Kapitułę, to mogę bez wątpienia powiedzieć, że były one kryształowe, a ja, niestety, taką osobą nie jestem” - przyznaje szczerze w rozmowie z nami Andrzej Iwan.


Pana powrót jako wiślackiej legendy na stadion Białej Gwiazdy zbiega się w czasie z promocją wydanej przez pana książki autobiograficznej.
Niestety, tak jest. Mówię niestety, gdyż książka ta może być różnie odebrana i jestem pełen obaw. Jeśli prześledzę postacie honorowane przez Kapitułę, to mogę bez wątpienia powiedzieć, że były one kryształowe, a ja, niestety, taką osobą nie jestem. Mam nadzieję jednak, że kibice to zrozumieją, bo pewne rzeczy w tamtych czasach przebiegały w odmienny sposób, co wyjaśniam w swojej publikacji. Korupcja, z którą walczymy obecnie, to pikuś, mimo że jest to walka z wiatrakami, bo pewne sprawy pozostają rozgrzebane i nieskończone. Za naszych czasów pieniądze były niczyje, przychodzili ludzie z walizkami, nie wiadomo skąd. Jest to zupełnie nieporównywalna sprawa i dobrze byłoby, aby czytelnicy poznali kulisy tamtejszej piłki nożnej. Przyznaję się, że nie jestem bez skazy i mam nadzieję, że ktoś to zrozumie i pojmie, jakie okoliczności panowały wówczas.

Zarówno wydana przez pana książka, jak i powrót jako legendy, jest doskonałą okazją do zaznajomienia się z sylwetką Andrzeja Iwana. Starsi fani mogą w ten sposób przypomnieć sobie wybitnego Wiślaka.
Tak naprawdę książka ta pojawiła się zbyt późno. Zdążyły wychować się dwa pokolenia kibiców, natomiast prawdą jest, że starsi kibice mogą przypominać sobie pewne rzeczy. Chciałbym właśnie, aby ci młodsi dowiedzieli się, jak życie wówczas wyglądało. Chciałbym zaznaczyć, że każdy miał wolny wybór i to ja zadecydowałem, jak moje życie wyglądało. Książka ta zawiera pewien morał, poprzez który chciałbym przestrzec młodych piłkarzy, czy też w ogóle ludzi, jak nie powinni żyć. Spory fragment książki właśnie temu poświeciłem. Liczę, że jakieś refleksje ona wzbudzi. Mogę wyznać jeszcze, że publikacja ta jest przede wszystkim o czasach krakowskich, o Wiśle, bo to był najwspanialszy, czego nie da się ukryć, okres mojego życia. Pomimo tego, że mieliśmy drużynę składająca się z samym krakusów, to stworzona była ona do tego, aby odnosić sukcesy, przynajmniej w Polsce. Niestety, nie udało nam się osiągnąć tego, co zamierzaliśmy i jest to naszą największą bolączką. Byliśmy również zespołem topowym pod względem robienia żartów, nie mieliśmy sobie równych.

Skąd wzięło się u pana zainteresowanie piłką nożną? Jakie były pana piłkarskie początki?
Pierwsze kroki stawiałem w Wandzie Nowa Huta, bo muszę powiedzieć, że jestem „gumiokiem”. Wszystko zaczęło się przypadkowo, gdy udałem się na wagary, które spędziłem na dużym boisku, gdyż tam mogłem pokopać futbolówkę. Tam starsi ode mnie chłopcy „sklepali mi maskę” i zabrali piłkę. Później chodziłem tylko z ojcem, licząc na to, że jak ich spotkam, to ją odbiorę. Wówczas wydatek rzędu 300 zł był ogromny, nadszarpywał budżet. Futbolówkę tę dostałem na komunię. Pewnego razu wraz z ojcem spotkałem trenera Pomorskiego, który powiedział wówczas, abym przychodził codziennie na boisko i będę mógł grać w piłkę. Tak to się właśnie zaczęło... Muszę powiedzieć, że trener Pomorski był niesamowitym człowiekiem, który w wielu momentach w moim życiu zastępował mi ojca. Wychował sporą liczbę piłkarzy, którzy zaistnieli w ekstraklasie. Jak go wspominam, to głos mi więźnie w gardle.

Dużo czasu spędził pan na boisku grając z białym orłem na piersi. Wraz z kolegami z drużyny narodowej wywalczył pan brązowy medal na Mistrzostwach Świata w 1982 roku. Wszystkie trofea traktuje pan zatem na równi, tj. to wywalczone z kadrą i mistrzostwo kraju z Wisłą?
Muszą powiedzieć jedną rzecz, która jest kontrowersyjna. Po Mistrzostwach Świata w 1982 roku dwudziestu jeden z dwudziestu dwóch piłkarzy polskiej reprezentacji było zadowolonych, prócz mnie. Osobiście mistrzostwa te wspominam jako koszmar. Wówczas odniosłem bardzo poważną kontuzję, która wykluczyła mnie z gry na kilka miesięcy. Ludzie będący odpowiedzialnymi za opiekę nade mną wmawiali mi, że nie jest to poważna sprawa, dostawałem niby witaminy, a skończyło się to blokadami. Fajnie, że mam możliwość wytłumaczenia pewnych rzeczy. Właśnie tak postrzegałem te mistrzostwa. Dla mnie był to jeden wielki koszmar. Przez miesiąc siedziałem i myślałem, co będzie dalej, kiedy wybiegnę na boisko, czy uda mi się wyleczyć, co będzie z moją rodziną. Takie myśli mnie wtedy nawiedzały, pomimo tego, że byłem młodym chłopakiem, bo miałem 23 lata. Były to tak naprawdę moje drugie mistrzostwa, ale nie wspominam ich miło. Powiem szczerze, że nie mam medalu z tej imprezy, bo został on skradziony z mojego mieszkania w Zabrzu, ale wcale go nie żałuję. Medal, który wywalczyłem z Wisłą jest absolutnie najważniejszy. Było to olbrzymie osiągnięcie, chociaż nie brałem udziału w ostatnim meczu, gdyż byłem na Mistrzostwach Europy juniorów. Miałem jednak telefoniczny kontakt z chłopakami, wiem jak się bawili po mistrzostwie, a wraz z nimi kilkudziesięciotysięczna publiczność.

Ma pan piłkarski ideał, kogoś na kim się pan wzorował? Z drugiej strony zaś, zauważa pan w obecnych czasach zawodnika, który przypominałby pana z czasów gry w Wiśle?
Moim piłkarskim ideałem jest zdecydowanie Włodek Lubański. Bardzo często słyszę z kolei, że Patryk Małecki jest tak krnąbrny, jak ja. Po części na pewno przypomina mnie. Zapewniam jednak, że nigdy nie będę nadawał na piłkarza, który gdzieś narozrabiał, bo moralne prawo mi tego zabrania. Na pewno nie wolno występować przeciwko swoim kibicom, bo takich rzeczy w drużynie się nie robi. Ja zawsze miałem swoje miejsce w szeregu, jeśli chodzi o zespół. W tej kwestii mam mu czasem dużo do zarzucenia. Jak tak pomyślę, to ja w jego wieku miałem na swoim koncie pięć razy więcej i kar, i dyskwalifikacji. Nigdy jednak nie występowałem przeciwko ludziom, którzy zasiadali na trybunach, chociaż przez swój sposób życia ich oszukiwałem, lecz wówczas zupełnie inaczej na to patrzono. Jako trzynastoletni chłopiec siedziałem z kibicami na „dziesiątce” i ludzie ci jeździli później na nasze mecze juniorskie, zgrupowania czy turnieje. Między nami panowała niesamowita więź. Wiedziałem, że na „dziesiątce” siedzieli moi kumple. Drużyna była absolutnie utożsamiona z publicznością.

Wiele przyjaźni nawiązał pan będąc piłkarzem Białej Gwiazdy. Który z kolegów był panu najbliższy?

Przyjaźniłem się ze wszystkimi piłkarzami, którzy przewinęli się przez Wisłę, bez wyjątków. Pamiętam, że bywały takie czasy, że Janusza Nawrockiego chciałem z promu wyrzucić (śmiech). Pamiętajmy jednak, że byliśmy wówczas kumplami. Ponadto przyjaźniliśmy się z aktorami, ze wszystkimi ludźmi, którzy tutaj się zjawiali. Z każdym, który pojawiał się tutaj przy Reymonta, mogłem porozmawiać czy wymienić opinie.

Piłkarskie uzdolnienia przekazał pan synowi, Bartkowi, który także postanowił spróbować swoich sił kopiąc futbolówkę.

Zgadza się, chociaż był to jego wybór, nie miał żadnego przymusu i sam postanowił grać w piłkę. Powiem szczerze, że zapowiadał się na dobrego piłkarza. W Wiśle akurat było zupełnie inne podejście, sprowadzono zagranicznych piłkarzy, których przydatność drużynie budziła wątpliwości. Niepotrzebnie wydawano pieniądze, podczas gdy pod ręką byli chłopcy, którzy mieli w sercu białą gwiazdę i zrobiliby wszystko, aby w Wiśle zaistnieć. Bartek jednak dał sobie radę, chociaż moim zdaniem stać go na dużo więcej. Niestety już wiek go ogranicza, ma 28 lat. Gdy ja miałem 25 lat, to wydawało mi się, że jestem emerytem. Przechodząc z konieczności do Górnika Zabrze myślałem, że moja kariera dobiega końca. Obecnie na 25-letniego chłopaka mówi się, że jest młody. Wiem, że Bartek jest Wiślakiem z krwi i kości. Obecnie gra w Garbarni, ale jeśli tylko ma możliwość, to zagląda na Wisełkę. Zakomunikował mi nawet, że 30 kwietnia, podczas Derbów, zasiądzie na trybunie C.

Przed piłkarzami Białej Gwiazdy Derby Krakowa, niezwykle ważny mecz. Zdaje się, że Cracovia opuści szeregi Ekstraklasy, lecz wcześniej będzie chciała udowodnić w meczu przeciwko Wiśle swoją wartość.
Derby rządzą się swoimi prawami. Nie wierzę jednak w to, żeby Cracovia mogła tutaj cokolwiek zdziałać, bo są bardzo słabą drużyną, źle zarządzaną. Muszę wspomnieć tutaj o Derbach, które miały miejsce dwadzieścia pięć lat wcześniej. Graliśmy mecz na stadionie Pasów, którzy bronili się przed spadkiem. Cracovia chciała wówczas kupić od nas to spotkanie, my absolutnie na to się nie zgodziliśmy, komu jak komu, ale rywalowi zza Błoń nie wolno. Mimo wszystko przegraliśmy tę rywalizację, chociaż prowadziliśmy 1:0. Po tym meczu towarzyszyły nam niemiłe sytuacje, chociażby w szatni. Derby są rzeczą świętą, ich nie wolno szufladkować. Osobiście czekałem na mecze z Cracovią już w styczniu, aby wyjść na boisko i zmierzyć się z nimi w spotkaniu o Puchar Wyzwolenia. Pamiętam, jak chodziłem na te mecze jako kibic, a obok mnie siedzieli sympatycy Wisły i Cracovii, którzy kłócili się, lecz siedzieli obok siebie, a razem z nimi piętnaście tysięcy ludzi. Sam często uczęszczałem na mecze hokeja. Fani Wisły, zwłaszcza ci z „dziesiątki”, uwielbiali hokeja. Obecnie takich rzeczy nie ma, a powinno to być naszym priorytetem, aby starać się wracać do dawnych czasów. Jesteśmy w jednym mieście, a kibice powinni wzajemnie się szanować. Fani Cracovii, którzy mają coś do powiedzenia, podkreślają, że do mnie nic nie mają. Nie wiem dlaczego tak jest, ale jest to miłe.

Po zakończeniu piłkarskiej kariery postawił pan na szkolenie młodzieży, a obecnie jest pan ekspertem w telewizji. Może pan powiedzieć, że jest pan człowiekiem spełnionym?
Mówiąc o trenowaniu młodzieży, to trzeba przyznać, że był to epizod w moim życiu. Osobiście nie czuję się trenerem. Wydaje mi się, że potrafię ocenić zawodnika, lecz nie miałem do siebie zaufania i bałem się, że nie jestem postrzegany jako autorytet. Miałem wątpliwości czy rodzice oddaliby pod moje skrzydła swoje dzieci. Pracowałem z juniorami, lecz nieważne, kogo szkoliłem. Dla mnie najważniejsze było to, że pracowałem w Wiśle. Jestem usatysfakcjonowany swoją obecną pracą, odpowiada mi ona. Tak naprawdę dzięki Januszowi Basałajowi zaistniałem, bo przechodziłem trudne chwile. Dzięki niemu mogłem wrócić do środowiska. Tak samo Jarek Krzoska zabierał mnie czasami na mecze drugiej ligi, występowałem także w studio przy okazji meczów reprezentacji, ale miało to charakter raczej okazjonalny. Janusz natomiast zaproponował mi pewną ciągłość i trwa to do dziś. Dziękuję mu za to serdecznie, bo sam ma także wiślacką przeszłość. Mamy o czym rozmawiać, gdy tylko się spotykamy.

K. Kawula
Biuro Prasowe Wisły Kraków SA



do góry strony