Strona główna » Aktualności » Emocje do ostatnich sekund – Przemek

Emocje do ostatnich sekund – Przemek

Data publikacji: 31-12-2011 12:02



Miłość do Wisły jest zaraźliwa. Przekonała się o tym dziewczyna autora kolejnych wspomnień z 14 grudnia. W jaki sposób to się stało? Przeczytajcie, co napisał Przemek.

Fot. Daniel Gołda Fot. Daniel Gołda

Ten dzień był piękny dla mnie z dwóch powodów. Pierwszym z nich był fakt, że w końcu moja Ania znalazła się na sektorze C i wspierała Wisełkę jak prawdziwy „Kibol”. Na początku nie była z tego dumna, bo to określenie nie spodobało jej się, ale po meczu bardzo szybko zmieniła zdanie.

Ale zacznijmy od początku jej przygoda z Wisłą rozpoczęła się pamiętnym meczem z Widzewem, na którym doping prowadziły dzieci. I to dzięki temu przekonała się do pójścia na sektor dla najzagorzalszych kibiców. Stwierdziłem, że najlepszą okazją na dobre rozpoczęcie przygody z prawdziwym dopingiem będzie mecz z Twente. Ostatni w sezonie, zawodnicy na pewno się postarają o dobra grę, a kibice o wspaniały doping (oczywiście nie pomyliłem się). Przed samym meczem nie obyło się bez stwierdzeń „może jednak nie idźmy, jest zimno, a Fulham na pewno nie straci punktów u siebie”, gdzieś tam w głębi duszy docierały do mnie te słowa, ale na szczęście mieliśmy już bilety i postawiłem na swoim. Przed meczem przygotowałem telefon do śledzenia wydarzeń w Londynie.

Na szczęście na pozytywne komentarze ze strony Ani nie musiałem długo czekać. Uczestnictwo w oprawie i sam doping bardzo się jej spodobały, zdzierała gardło cały mecz jak tylko mogła. A po każdej z bramek jej radość była nie do opisania.  Po zakończeniu pierwszej połowy i pierwszym zerknięciu na telefon wszystko było tak, jak Ania zaplanowała czyli, Fulham prowadziło i było na najlepszej drodze do awansu, jednak nie zniechęciło to jej do dalszego dopingu. Mnie zresztą też. Po pierwszej bramce dla Odense serce zabiło już trochę szybciej, a gdy na kilkanaście minut przed końcem spotkania ktoś rzucił hasło, że na Fulham jest 2:2 oszaleliśmy, jednak coś mnie skłoniło, żeby jednak to sprawdzić. Po kilku minutach prób w końcu dowiedziałem się, że Duńczycy jednak drugiej bramki nie strzelili – pomyślałem wtedy: najważniejsze jest nasze zwycięstwo, do którego pewnie kroczyliśmy. Do końca meczu nie mogłem, nie wiadomo z jakich przyczyn, śledzić spotkania w Londynie. Ta niepewność troszkę nas dobijała. Po zakończeniu meczu nie myślałem już o meczu w Londynie, czekałem na zawodników, żeby im podziękować za grę. Nie doczekałem się, gdyż w między czasie został ogłoszony wynik drugiego spotkania w naszej grupie. To było coś niesamowitego, nie mogłem z siebie wydusić innego słowa poza „Jeeeeeeeeeeeeeest”. Dopiero po kilku minutach skakania, machania szalikiem zacząłem wykrzykiwać słowa, które ciężko mi jest teraz sobie przypomnieć. Zapomniałem o Ani, ona też szalała z radości, choć sam dobrze nie pamiętam, bo był to jeden z niewielu momentów, kiedy zapomniałem, że jest obok mnie. Ale ona chyba tego nie zauważyła – bo po meczu oboje stwierdziliśmy, że karnet na kolejną rundę nas nie ominie. I w taki właśnie sposób udało mi się zarazić miłością do Wisełki swoją dziewczynę. Tego wieczoru nie zapomnę do końca życia, a kiedy go wspominam ciarki przeze mnie przechodzą.

                                                                                                                                                

Każdy z kibiców Wisły może podzielić się swoimi wspomnieniami z magicznego wieczoru 14 grudnia. Gdzie oglądaliście mecz, od kogo dowiedzieliście się o golu dla Odense, jak cieszyliście się po awansie Białej Gwiazdy do fazy pucharowej Ligi Europejskiej? Najciekawsze z Waszych opowieści opublikujemy na oficjalnej stronie Wisły, a najlepsze z nich nagrodzimy! Wasze wspomnienia przysyłajcie na adres redakcja@wisla.krakow.pl w tytule maila koniecznie wpisując "Emocje do ostatnich sekund" i pisząc, jak mamy podpisać Wasze wspomnienie, jeśli zostanie ono opublikowane.

Biuro Prasowe Wisły Kraków SA



do góry strony