Aktualności
OSTATNIE NEWSY.
Emocje do ostatnich sekund – Arek S.
Data publikacji: 10-01-2012 13:54Wielu kibiców do końca nie wierzyło w upragniony awans Białej Gwiazdy do dalszej fazy rozgrywek Ligi Europejskiej. Bramka dla Odense spadła jak grom z jasnego nieba i otworzyła Wiśle wrota do piłkarskiego raju. „Uczucia, jakie towarzyszyły wszystkim zgromadzonym na stadionie w chwili, gdy spiker potwierdził, że w Anglii jest remis, były nie do opisania” – tak pamiętny wieczór wspomina kibic mistrza Polski – Arek S.
Cztery wybuchy radości, czyli o pełnym wrażeń dniu z życia kibica...
Zwykły, grudniowy dzień. Wczesnym rankiem udaję się na uczelnię, by dowiedzieć się, że zaliczyłem kolokwium z języka niemieckiego. Po zajęciach wyruszam na ul. Reymonta 22, do Strefy Kibica Stadionu Miejskiego im. Henryka Reymana, by kupić bilet na wieczorny mecz. Mecz mojego ukochanego klubu, będącego w wyraźnym kryzysie, który tak naprawdę traktowałem jako spotkanie towarzyskie. Wisła miała o 21.05 zagrać z holenderskim Twente o honor, o godne zakończenie swojego udziału w europejskich pucharach... Dlaczego o honor? Ano dlatego, że szanse na wyjście z grupy były iluzoryczne. Nie dość, że Biała Gwiazda musiała wygrać swój mecz, to jeszcze musiała liczyć, że londyński zespół Fulham nie wygra meczu na własnym stadionie z najsłabszą drużyną grupy – duńskim Odense. Wiara kibica a wiara w cuda to dwie odrębne sprawy. Bilet jednak kupiłem, bo tak nakazywało mi moje sumienie. Na szczęście obyło się bez stania w kolejkach i szybko wróciłem do domu.
Po kilku godzinach byłem ponownie w drodze na stadion. Do tramwaju co przystanek wsiadali nowi kibice. Część „podchmielona”, część „rozśpiewana”, inni spokojnie jadący na mecz. Z szalikami, czapkami i innymi gadżetami w niebiesko-biało-czerwonych barwach. Wszyscy w jednym celu – dopingowania Wisły. Gdy dotarłem pod stadion, przed kasami kibice wyrastali jak grzyby po deszczu, stali niemalże jeden na drugim, by jeszcze zdążyć kupić bilet. Uff... dobrze zrobiłem, kupując go wcześniej. Wolnym spacerem przeszedłem wzdłuż dwóch trybun, w kierunku hali Wisły (nieopodal budynków AGH), obok której znajduje się „Restauracja u Wiślaków”. A w niej setki fanów, śpiewających najróżniejsze piosenki o największej miłości ich życia – Wiśle. Musiałem pospiesznie uzupełnić płyny, gdyż czas mijał niemiłosiernie i niemalże biegiem ruszyłem w kierunku swojego sektora.
Gdy przemknąłem przez ręce ochroniarzy, oklepany wzdłuż i wszerz, na trybunie siedziało już kilka tysięcy fanów. Spiker odczytywał składy drużyn, a chwilę później zawodnicy wyszli na murawę. W momencie, kiedy zabrzmiał hymn „Jak długo na Wawelu...” fanatycy, zasiadający po przeciwległej stronie stadionu rozciągnęli tzw. „sektorówkę”, na której widniały podobizny kibiców, a pod nimi był podpis: „Sektor kiboli” - trochę przewrotny wobec wydarzeń ostatnich miesięcy i afer związanych ze środowiskiem kibicowskim, wywołanych poniekąd przez polityków.
Mecz rozpoczął się dla Wisły fantastycznie, już niespełna kwadrans po pierwszym gwizdku sędziego, Łukasz Garguła świetnym strzałem zza pola karnego pokonał bramkarza rywali. Wisła grała tego wieczoru jak natchniona. Wszyscy biegali po każdym zakątku boiska, od linii do linii, od prawej do lewej. Nie było jeszcze w tym sezonie takiego meczu Wiślaków. Zespół holenderski, który przyjechał do Krakowa w rezerwowym składzie, mimo kilku słabszych piłkarzy, z minuty na minutę grał coraz pewnie i także zaczął sobie stwarzać okazje do zdobycia gola. I jedna z takich akcji przyniosła bramkę wyrównującą. Gdy sędzia zarządził przerwę, na tablicy widniał wynik „1:1”.
Nasłuchiwano na Reymonta także informacji z Londynu. A te nie były dobre. Po pierwszej połowie angielskie Fulham prowadziło 2:0 z Duńczykami. Sytuacja beznadziejna. Wiśle potrzebny był cud. Prawdziwy cud...
Druga połowa rozpoczęła się euforią (już drugą tego wieczoru). Wisła zaraz po wznowieniu gry zdobyła gola na 2:1, a kibice, bez względu na wynik z Anglii, postanowili świetnie się bawić. Atmosfera była znakomita. Piłkarze niesieni dopingiem, grali z każdą chwilą coraz lepiej, choć nie potrafili już strzelić kolejnego gola. Wszyscy czekaliśmy jednak, choć już raczej bez wiary, na wieści z Wysp.
Gdy około 70. minuty dowiedziałem się, że w Londynie padła bramka na 2:1, nadzieja znów zaczęła się tlić, ale zdrowy rozsądek nakazywał podejść do tej informacji z dużą dozą spokoju.
Stadion „eksplodował” (po raz trzeci) na dziesięć minut przed końcem meczu. Z niewiadomych przyczyn. Ludzie z otoczenia śledzili na bieżąco wynik drugiego meczu, a tam ciągle widniało „Fulham 2:1 Odense”. I nie chciało być inaczej. Ten fałszywy alarm był jednak preludium do tego, co działo się parę chwil później.
Mecz w Krakowie skończył się. Wisła wygrała, godnie się żegnając z europejskimi pucharami, byłem usatysfakcjonowany, bo wiedziałem, że chłopcy zrobili wszystko, co mogli. Zabawa na trybunach trwała, dziękowano piłkarzom za postawę. I nagle zaczęło się coś nieprawdopodobnego. Stadion znów oszalał, choć początkowo nie wiedziałem dlaczego. Człowiek stojący obok mnie, poinformował mnie, że w Londynie padł gol na 2:2. W tym samym momencie, spiker przekazał tę samą wiadomość. Piłkarze, choć do końca sami w to chyba nie wierzyli, zaczęli się cieszyć. Trener Moskal, nieco przytłumiony wydarzeniami, miał kamienną twarz, nie emanował żadnymi emocjami, a na trybunach rozpoczęło się prawdziwe święto. Uczucia, jakie towarzyszyły wszystkim zgromadzonym na stadionie w chwili, gdy spiker potwierdził, że w Anglii jest remis, były nie do opisania. Obcy sobie ludzie rzucali się sobie na szyje, wszyscy krzyczeli, śpiewali i nawet przez chwilę nikt nie myślał, by wyjść ze stadionu.
Gdy czas święta na arenie minął, ponad dwadzieścia tysięcy ludzi rozeszło się w różnych kierunkach. Jedni do domu, bo w piątek trzeba było iść do pracy, inni do wszelkich możliwych miejsc, gdzie tylko można było świętować historyczny awans do fazy pucharowej Ligi Europejskiej. Wszyscy spełnieni, uradowani, zachwyceni, wzruszeni. Wszyscy przepełnieni miłością do Wisły. Słowa komentatora Polsatu, Mateusza Borka, że „Kraków długo nie położy się dzisiaj spać” znalazły swoje odzwierciedlenie w pełnej krasie. Wiele ludzi poszło na krakowski Rynek i tam cieszyło się ze zwycięstwa, wiele poszło do pobliskiej restauracji „U Wiślaków”, skąd wciąż niosły się śpiewy, a barmanki miały pełne ręce roboty, bo sukces, mający tego dnia wyjątkowo wielu twórców i odbiorców, trzeba było uczcić kuflem (kuflami?) – mimo mrozu na zewnątrz – zimnego piwa.
Z niecierpliwością czekam na luty i na boje ze Standardem! Oby tak samo szczęśliwe!
Arek S.
Każdy z kibiców Wisły może podzielić się swoimi wspomnieniami z magicznego wieczoru 14 grudnia. Gdzie oglądaliście mecz, od kogo dowiedzieliście się o golu dla Odense, jak cieszyliście się po awansie Białej Gwiazdy do fazy pucharowej Ligi Europejskiej? Najciekawsze z Waszych opowieści opublikujemy na oficjalnej stronie Wisły, a najlepsze z nich nagrodzimy! Wasze wspomnienia przysyłajcie na adres redakcja@wisla.krakow.pl w tytule maila koniecznie wpisując "Emocje do ostatnich sekund" i pisząc, jak mamy podpisać Wasze wspomnienie, jeśli zostanie ono opublikowane.
Biuro Prasowe Wisły Kraków SA






















