Strona główna » Aktualności » Emocje do ostatnich sekund - Ania Gawin

Emocje do ostatnich sekund - Ania Gawin

Data publikacji: 06-01-2012 22:36



W naszym cyklu „Emocje do ostatnich sekund” czas na wspomnienia kolejnej pani. Ania awans Białej Gwiazdy do fazy pucharowej Ligi Europejskiej przypłaciła nie tylko utratą bransoletek, ale też bólem nadgarstków. Co jednak znaczą takie drobne sprawy wobec euforii po awansie...

Fot. Daniel Gołda Fot. Daniel Gołda

14 grudnia 2011... tę datę zapamiętam do końca życia. Miałam akurat wolne od zajęć i teoretycznie powinnam była się uczyć na dwa egzaminy, które czekały mnie następnego dnia. Ale jak to zwykle bywa w moim przypadku kiedy gra Wisła, nie mogłam zupełnie skupić się na nauce, więc chodziłam z kąta w kąt obijając się po całym domu, a mój umysł zaprzątały tylko i wyłącznie myśli o wieczornym meczu z Twente i o cieniu szansy na awans do fazy pucharowej. Z uporem maniaka analizowałam bez przerwy sytuację i mimo że jestem optymistką nie mogłam przecież zapomnieć o tym, że Fulham również walczy o awans, że gra u siebie, że Odense już odpadło. I, o ile byłam pewna, że Wisła da z siebie wszystko to jak można było przypuszczać, że Fulham swojego meczu nie wygra? To przecież graniczyło z cudem. Ale co znaczy wiara przekonałam się jeszcze tego samego dnia...

W końcu nadeszła godzina 21:05 i podekscytowana zasiadłam przed ekranem telewizora razem z moją siostrą Joasią oraz rodzicami. Mocno zacisnęłam kciuki (po całym meczu praktycznie ich już nie czułam) i się zaczęło! Wisła od samego początku grała bardzo dobrze i gdyby tylko wykorzystała wszystkie okazje już by prowadziła. Patrząc na to jak świetnie konstruują akcje wiedziałam, że gol to tylko kwestia czasu. I nie pomyliłam się! W 12 minucie rewelacyjnym strzałem zza pola karnego popisał się Garguła i Biała Gwiazda wyszła na prowadzenie! Niestety w 39 minucie Twente wyrównało po golu De Jonga, swoją drogą naprawdę ładnym. Zrobiło się 1:1. Patrząc jednak na grę Wisły byłam niemal pewna, że strzelą znowu i wygrają. Taki wynik utrzymał się jednak do końca pierwszej połowy. Niestety w Londynie wynik także nie był korzystny. Fulham wygrywało z Odense 2:0. Powiedziałam wtedy do siostry, że jeśli Odense strzeliłoby choć jedną bramkę (nawet z głupiego karnego) wszystko jeszcze mogłoby się zdarzyć.

Zaczęła się druga połowa. Jeszcze nie zdążyłam spokojnie rozsiąść się na krześle kiedy musiałam z powrotem wstać, a raczej podskoczyć z radości, bo oto w 46 minucie Genkov pokonał bramkarza Twente! I to, po podaniu Pareiki! Naszym wrzaskom nie było końca! Jeszcze mocniej zacisnęłam kciuki i wlepiłam oczy w telewizor. Byłam tak podbudowana tą drugą bramką, że zatliła się we mnie nadzieja, że może Odense da radę i zaczęłam ich wspierać w myślach (jak się później dowiedziałam moja siostra robiła dokładnie to samo). Nasze pozytywne myślenie okazało się skuteczne! Odense udało się strzelić bramkę kontaktową! Jeszcze brakowało tylko jednej! Tylko jednej i aż jednej...

Mecz Wisły dobiegł końca. A więc wygraliśmy. Radość moja i mojej siostry była jednak umiarkowana. Cieszyłyśmy się, że udało się zakończyć przygodę z Ligą Europejską zwycięstwem i to nad Twente, ale w głębi serca czułyśmy jednak pewien niedosyt...

Wtedy powiedziałam do Joasi, że sprawdzę czy mecz w Londynie jeszcze trwa. Spojrzałam więc na ekran komputera, gdzie miałam włączoną relację na żywo z tamtego meczu. Zielona kropeczka nadal migała, a więc grali! Krzyknęłam do siostry, żeby szybko zmieniła kanał...

I wtedy to usłyszałyśmy. Niesamowity ryk radości komentatora, który krzyczał, że to niesamowite. Zobaczyłyśmy piłkarzy Odense biegających jak szaleni i już wiedziałyśmy co to oznacza! Duńczycy wyrównali... WISŁA AWANSOWAŁA!!! W oczach momentalnie stanęły mi łzy szczęścia, a z gardła wydobył się niepohamowany wrzask, który z pewnością postawił na nogi cały blok! W tej dzikiej euforii zaczęłam skakać i walić z całej siły rękami w oparcie krzesła. Uderzyłam nadgarstkami tak mocno, że rozwaliłam sobie bransoletki, które akurat miałam na rękach. Koraliki rozsypały się po całym pokoju, a ja zaczęłam tańczyć wśród nich z moją siostrą. To, co się właśnie wydarzyło było po prostu niesamowite, niezwykłe, nierealne, a równocześnie tak cudownie piękne! Nigdy tego nie zapomnę! Tej nocy długo jeszcze nie mogłam ochłonąć z emocji. Ręce wciąż mi się trzęsły, a serce waliło jak oszalałe gdy kładłam się spać o 3 w nocy. Do tej pory rozmawiałam z moją siostrą dzieląc się wrażeniami.

Następnego dnia obudziłam się z przeraźliwym bólem obu nadgarstków i kiedy przypomniałam sobie przyczynę tego bólu na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech. Już wiedziałam, że wszystkie te fantastyczne chwile, które miały miejsce wczoraj nie były snem!

Niestety przypomniało mi się również, że mam dziś dwa egzaminy o 13. Byłam jednak w dalszym ciągu tak rozemocjonowana, pełna energii i wiary we własne możliwości, że nic nie było w stanie zepsuć mi humoru. Poszłam na wykłady na 10 i mając tylko trzy godziny czasu pospiesznie uczyłam się ze swoich notatek.

Dzisiaj, pisząc te słowa, znów przypomniał mi się ten niezwykły wieczór 14 grudnia. Przypomniał mi się głos komentatora, który krzyczał: „Proszę państwa! Niesamowite!”, przypomniał mi się ryk kibiców na stadionie, radość piłkarzy i w końcu moja euforia...

Uświadomiłam sobie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jeśli się w coś wierzy całym sercem to, to po prostu musi się udać, choćby nie wiem jak trudne było.

Właśnie dostałam wyniki swoich egzaminów. Zdałam oba. I niech mi ktoś powie, że ten świat nie jest niesamowity!

Pozdrowienia dla kibiców Wisły Kraków!

                                                                                                                                                

Każdy z kibiców Wisły może podzielić się swoimi wspomnieniami z magicznego wieczoru 14 grudnia. Gdzie oglądaliście mecz, od kogo dowiedzieliście się o golu dla Odense, jak cieszyliście się po awansie Białej Gwiazdy do fazy pucharowej Ligi Europejskiej? Najciekawsze z Waszych opowieści opublikujemy na oficjalnej stronie Wisły, a najlepsze z nich nagrodzimy! Wasze wspomnienia przysyłajcie na adres redakcja@wisla.krakow.pl w tytule maila koniecznie wpisując "Emocje do ostatnich sekund" i pisząc, jak mamy podpisać Wasze wspomnienie, jeśli zostanie ono opublikowane.

Biuro Prasowe Wisły Kraków SA



do góry strony