Strona główna » Aktualności » Trzej przyjaciele z Wiednia

Trzej przyjaciele z Wiednia

Data publikacji: 11-08-2006 12:51



Od czwartkowego poranka wiedeński Prater i jego okolice zaczęły mienić się czerwono - biało - niebieskimi barwami. Pierwsze autokary z kibicami dotarły do stolicy Austrii tuż po 8 rano.

Korzystając ze wspaniałej pogody, podobnie jak wiele innych osób wyruszyliśmy na podbój Wiednia. Wspaniałe z wyglądu, choć o 9 rano kompletnie opustoszałe, wesołe miasteczko ze słynnym diebelskim kołem, robiło niesamowite wrażenie. Tutaj spotkaliśmy naszego pierwszego wiedeńskiego przyjaciela. Był nim Austriak, mający tureckie korzenie, sprzedający kartki, znaczki i pamiątki z Wiednia. Gdy powiedzieliśmy mu, że jesteśmy z Krakowa i przyjechaliśmy na mecz, z uśmiechem pokiwał głową i łamanym niemieckim powiedział:
- Ach so, Wisla Krakau, Bolen..., Polen;)

Po wysłaniu kartki do naszych koleżanek i kolegów z Biura Prasowego udaliśmy się, by szukać kolejnych przyjaciół Wisełki. Znaleźliśmy ich kilku, ale tych nietypowych przyjaciół Białej Gwiazdy poznacie niebawem w naszej fotogalerii. Spotkaliśmy też kogoś, komu na słowo "Kraków" łezka kręcila się w oku. Był to pan pod 50 - tkę. Wysiadaliśmy akurat na przystanku tramwajawym, gdy wybiegł za nami z wołaniem:
- Jeszcze nie, jeszcze dwa przystanki.
Okazało się, że ów pan od dwudziestu lat mieszka w Wiedniu, ale jego korzenie sięgają Małopolski. Strasznie się ucieszył widząc młodych ludzi z Krakowa.
- No to dowalcie z 3:1 tym Austriakom - nie omieszkał życzyć na koniec powodzenia podczas wieczornego meczu.

Trzecim przyjacielem, który stanął na naszej drodze był stadion im. Ernsta Happela. Był on naszym przyjacielem, gdyż czuliśmy się jak u siebie w domu, a chyba tylko u przyjaciół człowiek czuje się dobrze i swobodnie. Wspaniały obiekt, o jakim w Polsce na razie możemy tylko pomarzyć, był gościnny zarówno dla naszych piłkarzy, dziennikarzy jak i kibiców. Piłkarze osiągnęli dobry rezultat, dziennikarze na każdym kroku spotykali życzliwe osoby, chętne do pomocy, a kibice... Kibice sami zaprzyjaźnili się ze stadionem, bo zgotowali wspaniałe przedstawienie na trubunach.
"Gramy u siebie, Wisełko gramy u siebie" - rozległo się, gdy wiślacy wychodzili na boisko. I tak było przez 90 minut. Nieustatnny doping, nieustanne śpiewy, nieustanne zagrzewanie do walki naszych piłkarzy. Austriacy, mimo, że było ich ilościowo więcej, tylko raz w ciągu meczu zagłuszyli naszych: gdy po golu w 20 minucie wybuchnęli gromkim:
- Jeeeeeeeee..........
Wrażenie było niesamowite, gdy drużyna grająca na wyjeździe, ciągle słyszy:
- Wisłaaaaa Krakóóóóóów, Biaaaaała Gwiaaaazda.
Polacy zasiadający na trybunach pokazali, że znają doskonale nie tylko język polski, ale też i niemiecki. Po niemiecku przypomnieli gospodarzom pewne wydarzenie związane z Janem III Sobieskim wywieszając transparent:
"Gdyby nas tutaj nie było w 1683 roku, dziś gralibyśmy z Galatasaray".
Po niemiecku też żegnali zawodnika Mattersburga schodzącego do szatni za czerwoną kartkę skandując:
- Auf Wiedersehen.
Dopiero gdy spostrzegli się, że tym zawodnikiem jest niejaki Krzyszfof Ratajczyk, który doskonale zna język polski, pożegnali go w ojczystym języku. Niekoniecznie mówiąc mu tylko: "Do widzenia".

Wiedeńscy przyjaciele Wisły sprawili, że nasz pobyt w Austrii można uznać za udany. Remisowy wynik osiągnięty na przyjaznym stadionie im. Ernsta Happela daje nadzieję, że w tym roku wiślakom uda się zaprzyjaźnić z innymi miastami i stadionami Europy podróżując po niej wraz z ukochaną drużyną.

Grisza
foto.Marcin Górski
Biuro Prasowe Wisła Kraków SSA



do góry strony