Strona główna » Aktualności » Moskal Kazimierz - nie rusz Kazika...

Moskal Kazimierz - nie rusz Kazika...

Data publikacji: 24-01-2006 23:37



Drugi u Liczki, drugi u Engela, drugi u Kulawika, drugi u Petrescu - szkoleniowcy Wisły zmieniają się, a Kazimierz Moskal ciągle jest z drużyną. U progu przygotowań do rundy wiosennej wieloletni kapitan drużyny, a obecnie jedyny Polak w sztabie szkoleniowym opowiada o miłości do Białej Gwiazdy, trudnych życiowych decyzjach, swojej obecnej sytuacji i marzeniach na przyszłość:

Kazimierz Moskal- Grzegorz Saj: Kilkanaście dni temu obchodził Pan 39 urodziny. Wraz z najlepszymi życzeniami na usta ciśnie się pytanie: czy Kazimierz Moskal jest człowiekiem szczęśliwym i spełnionym?
- Kazimierz Moskal: Dziękuję bardzo za życzenia. 39 lat to pokaźny kawałek życia, który wypełniła głównie kariera piłkarska. To, co osiągnąłem w bardzo dużym stopniu mnie satysfakcjonuje, choć zawsze pojawia się ta myśl: można było osiągnąć więcej. Jednak mówiąc krótko: jestem zadowolony z tego, czego dokonałem.

- G.S. Co Pan uważa za swoje największe osiągnięcie?
- K.M. Pierwsze mistrzostwo Polski z Wisłą najdłużej pozostanie w mojej pamięci. Wcześniej dwukrotnie byłem mistrzem Polski z Lechem Poznań, jednak ja zawsze, od małego chłopca marzyłem o grze w Wiśle. Pierwszy etap mojej przygody z Wisłą, jeszcze w latach 80 – tych był czasem, gdy nie mieliśmy zespołu na tyle silnego kadrowo i finansowo, żeby równać się z najlepszymi. Życie jednak zatoczyło krąg i po przygodzie z Lechem i wyjeździe do Izraela, znowu znalazłem się w Krakowie, w mojej ukochanej Wisełce, która była już jednak innym zespołem: mocnym i grającym o najwyższe cele. Zdobycie mistrzostwa z tą drużyną jest moim największym osiągnięciem.

- G.S. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Nie bał się Pan drugi raz wejść do Wisły?
- K.M. Jeśli marzy się o czymś od dzieciństwa, to nie ma takiej siły, która mogłaby zatrzymać na drodze do realizacji tego marzenia. Gdy pojawiła się szansa, żeby znowu założyć koszulkę z Białą Gwiazdą, to nie było mowy o żadnym lęku.

- G.S. Przy tak wielkiej miłości do Wisły decyzja o przejściu do Lecha nie była chyba dla Pana łatwa?
- K.M. To był jeden z najtrudniejszych kroków, jaki zdecydowałem się wykonać w moim życiu. Najgorsze było to, że przy moim przechodzeniu do Lecha wiele osób zaczęło mówić, że coś takiego jak przywiązanie do barw klubowych odeszło w polskiej piłce w niepamięć. Niewielu osób jednak chciało wiedzieć, że piłkarz to też człowiek, który ma rodzinę, żonę. W tym właśnie czasie u mnie pojawiło się dziecko, a ja mieszkałem z żoną w jednym pokoju w wiślackim hotelu. Z jednej strony musiałem zapewnić byt rodzinie, a z drugiej moje odejście do Lecha było też potężnym zastrzykiem finansowym dla Wisły, który bardzo pomógł w funkcjonowaniu klubu. Ja z Wisły odchodzić nie chciałem, ale przychodzą takie chwile w życiu, gdy trzeba wybrać nie to, co się lubi, ale to, co jest najlepsze dla obu stron.

Kazimierz Moskal- G.S. Mimo tej trudnej decyzji kibice Wisły nigdy nie zapomnieli o Panu. Moskal Kazimierz – nie rusz Kazika, bo zginiesz – do dzisiaj można usłyszeć przy Reymonta. Co Pan wtedy czuje?
- K.M. Włos się jeży na głowie (śmiech). Dla mnie jest to coś wyjątkowego i niesamowicie miłego, bo ta przyśpiewka naszych kibiców była pierwotnie dedykowana legendzie Wisły Kazimierzowi Kmiecikowi, więc gdy słyszy się te słowa pod swoim adresem to trudno opisać uczucie, które się wtedy rodzi. Kibicom zawdzięczam niesamowicie dużo. Nasz słynny sektor X zawsze przyjmował mnie bardzo dobrze, a ja starałem się odwzajemnić grą na jak najwyższym poziomie i dawać z siebie wszystko.

- G.S. „Pewnym klubom się nie odmawia. Takim klubem dla mnie jest Wisła i tylko przez to zawiesiłem piłkarskie buty na kołku” – powiedział Pan przed rokiem...
- K.M. ... i dziś podpisuję się pod tym obiema rękami. Może będę nieskromny, ale uważam, że nawet dziś znalazłbym miejsce w jakimś klubie, może nie pierwszo – czy drugoligowym, bo mnie ciągle ciągnie do gry i na boisko. Jednak gdy przyszła propozycja z Wisły, żeby podjąć pracę w charakterze asystenta trenera Liczki, nie mogłem jej odmówić. Gdyby taka sama propozycja przyszła z każdego innego klubu, na pewno powiedziałbym: dziękuję.

- G.S. Nie było obaw, żeby podjąć pracę w najlepszym polskim klubie – prosto z boiska rzucić się na głęboką wodę?
- K.M. Owszem, były jakieś obawy z tym związane, tym bardziej, ze z wieloma chłopakami, dla których miałem być trenerem, jeszcze niedawno grałem razem na boisku. Jednak wzajemny szacunek i umiejętność pogodzenia ról: kolegi poza boiskiem, a na boisku trenera i piłkarza każdej ze stron wyszło na dobre.

Moskal Kazimierz i Tomasz Kulawik- G.S. Asystent u Liczki, asystent u Engela. Nadszedł dzień, gdy to Moskal i Kulawik mieli poprowadzić Wisłę do boju samodzielnie.
- K.M. Miał to być duet trenerski na jeden mecz, jednak sytuacja rozwinęła się tak, że dostaliśmy zadanie, aby Wisłę poprowadzić do końca rundy. Tomek był pierwszym trenerem, ja drugim...

- G.S. ... drugim u Liczki, drugim u Engela, u Kulawika niby na równi, ale Pan też jakby na drugim miejscu, teraz podobna sytuacja. Jak się Pan czuje w roli tego drugiego?
- K.M. Ktoś musi być pierwszym. Ja od początku nie zgadzałem się z tym, żebyśmy z Tomkiem byli równorzędnym duetem. W pewnym momencie ktoś musi podjąć ostateczną decyzję, a przecież nie zawsze się zgadzaliśmy. Rok po zawieszeniu butów na kołku trudno być tym pierwszym szczególnie w drużynie mistrza Polski. Przychodząc do Wisły często powtarzałem: chcę się tutaj uczyć, chcę się przyglądać pracy trenera Liczki, trenera Engela, teraz jest trener Petrescu. Dużo można podpatrzeć, a przecież uczęszczam też do szkoły trenerskiej. W ciągu roku mamy sześć 5 – dniowych sesji. Po ukończeniu tej szkoły otrzymuję licencję UEFA Pro A uprawniającą mnie do prowadzenia drużyn III – ligowych, niższych klas i zespołów młodzieżowych oraz do pracy zagranicą.

- G.S. Jak się Pan odnajduje w nowym sztabie szkoleniowym jako jedyny Polak?
- K.M. (śmiech) Trochę to wygląda tak, że jest czterech pancernych i ja jako pies Szarik. Trzech Rumunów i Michelle Bonn trzymają się razem, bo wiadomo, ze są w obcym kraju, jednak ja nie czuję się przez to jakoś z boku. Na ile mogę i jestem im potrzebny, to staram się służyć swoją pomocą. Gdy wykonam swoją robotę, jadę do rodziny, oni wracają do siebie, bo razem mieszkają. Jest to sytuacja jak najbardziej normalna.

Kazimierz Moskal, Marek Konieczny- G.S. Scuzati – ma ( przepraszam po rumuńsku), multumese (dziękuję) – zna Pan już te wyrażenia?
- K.M. (śmiech) Nie, nie dajemy sobie radę po angielsku, więc rumuńskiego nie musiałem się jeszcze uczyć. Bardziej to trener Petrescu i jego współpracownicy chcą się nauczyć polskiego.

- G.S. Przez kilka dni już coś Pan podpatrzył u trenera Petrescu?
- K.M. Człowiek uczy się całe życie: rzeczy dobrych, by je stosować w przyszłości, a te gorszych, by ich nie powielać. Od trenera Petrescu też na pewno wiele się nauczę, ale na razie za krótko współpracujemy, by mówić już teraz o konkretnych rzeczach.

- G.S. Zaczęliśmy sentymentalnie od wspomnień. Czego Kazimierz Moskal życzy sobie, jakie cele stawia przed sobą na kolejny rok swojego życia?
- K.M. Ktoś może powiedzieć, że mistrzostwo Polski to żaden cel, bo mam ich już kilka w dorobku. Ja jednak o tym marzę i to jest moje życzenie na 2006 rok: być znowu mistrzem Polski z Wisłą na stulecie jej istnienia, a później awansować do upragnionej Ligi Mistrzów. Prywatnie marzę, żeby moja rodzina była szczęśliwa. Ze względu na wykonywany zawód czasami pewnie brakuje mnie jako ojca i męża. Jako piłkarz przychodziłem do klubu pół godziny przed treningiem. Myślałem, że w roli trenera to się zmieni. I faktycznie zmieniło się, bo muszę być dużo wcześniej (śmiech). Dobrze, że dzieci trochę podrosły, więc stają się bardziej samodzielne. Osobistym moim celem jest ukończenie wspomnianego kursu trenerskiego. Tego życzę sobie. Korzystając z okazji chce też przekazać pozdrowienia dla naszych kibiców, którym ja sam, jak i cała drużyna tak wiele zawdzięcza. Życzę im, żeby wreszcie doczekali się tej upragnionej Ligi Mistrzów i tak, jak to robią już od 100 lat, nadal byli z Wisłą na dobre i na złe.

Rozmawiał: Grzegorz Saj

Ten materiał został opulikowany w piątym numerze newslettera Biała Gwiazda 19 I 2006. Nie zamówiłes jeszcze naszego newslettera? Zrób to dziś!

Biuro Prasowe Wisła Kraków SSA



do góry strony