Aktualności
OSTATNIE NEWSY.
Marek Konieczny: Wiślak z krwi i kości
Data publikacji: 27-02-2006 15:36
Imię i nazwisko: Marek Konieczny
Wiek: w czerwcu skończy 36 lat
Stan cywilny: żonaty
Dziecko: syn Mateusz
Wykształcenie: wyższe - magister wychowania fizycznego
i trener piłki nożnej drugiej klasy
Stanowisko: Kierownik drużyny Wisły Kraków
Przynależność: Wiślak z krwi i kości
Hobby: wiślackie pamiątki, koszulki klubowe
- Marek Konieczny, kim jest?
- Kierownikiem pierwszej drużyny Wisły Kraków, kierownikiem w miejscu, gdzie spędziłem i spędzam niemal całe życie, cały dzień. Jestem szczęśliwym mężem, a także ojcem 5 letniego Mateusza. Z wykształcenia jestem magistrem wychowania fizycznego i trenerem piłki nożnej drugiej klasy po Akademii Wychowania Fizycznego.
- Skąd pochodzi Marek Konieczny?
- Z Krakowa. Mój dom rodzinny, mojego dziadka, mojego ojca, jest na ulicy Miechowskiej. Bardzo blisko stadionu Wisły i klubu, z którym cały czas jestem związany. Tak więc mogę powiedzieć, że jestem wiślakiem z krwi i kości.
- Skąd wzięła się ksywa „Koniu”?
- Szczerze mówiąc, nie wiem. W podstawówce byłem „Kasia” z racji tego, że zawsze miałem bardzo długie włosy i loczki. W liceum też przez dłuższy czas miałem takie włosy, jednak „Kasia” na mnie już nie mówiono. Chyba wtedy ktoś zaczął do mnie mówić „Koniu”. Myślę, że to był ktoś z moich przyjaciół z boiska, z Hutnika Kraków - Marek Koźmiński albo Mirek Waligóra, z którym chodziłem do klasy. Chyba Mirek to zaczął i tak zostało do dzisiaj.
- Mówiłeś o swoim synu Mateuszu. Jak myślisz kim on będzie, jak dorośnie?
- Mateusz jest najmłodszym członkiem Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków w stuletniej historii tego klubu. Swoją legitymację dostał mając 14 miesięcy. Miał 4 dni, gdy był pierwszy raz na stadionie, przywiozłem go tutaj prosto ze szpitala, idąc dalej - miał 4 tygodnie, gdy był pierwszy raz na meczu Wisły - z Realem Saragossa. Co prawda cały przespał, ale nie zmienia to faktu, że jest dziedzicznie obciążony, nie ma innego wyjścia (śmiech). Oczywiście żartuję, nie wiem, kim będzie. Mam jednak nadzieję, że kiedyś będzie miał cos wspólnego z Wisłą, z piłką.
- Jak się zaczęła Twoja przygoda z Wisłą?
- Zawsze się śmieję, że urodziłem się z Białą Gwiazdą na czole. Ja się tu wychowałem. Tak jak już mówiłem: mój dziadek mieszka niedaleko od stadionu, tu, wśród piłkarzy z lat 60-tych, wychował się mój ojciec. Panowie Skupnik, Stadnicki, to byli jego koledzy z boiska. Ja pamiętam że zawsze chciałem grać w piłkę, chociaż nie miałem zbyt wielkich predyspozycji do tego. Akurat trenerem grup trampkarskich był pan Skupnik, kolega mojego taty. Ojciec przyprowadził mnie na pierwszy trening i tak zostało. Zacząłem się wtedy bawić w piłkę w trampkarzach Wisły, w juniorach, w rezerwie. Potem poszedłem na studia i w ich czasie miałem praktykę trenerską w Szkółce Piłkarskiej. Tak wiec można powiedzieć, że w Wiśle jestem od zawsze, jak sięgnę pamięcią wstecz.
- Jak to się stało ze zostałeś kierownikiem zespołu?
- Obecnie jestem już trzeci raz kierownikiem zespołu Wisły Kraków. Pierwszy raz to był epizod składający się tylko z 5 meczów. Wszystko zaczęło się jednak w 1999 roku, gdy Wisła wróciła do europejskich pucharów - ja jeszcze pracowałem w szkółce piłkarskiej jako trener – z racji tego, że kiedyś trochę czasu spędziłem w Stanach Zjednoczonych, nauczyłem się mówić po angielsku. Dostałem propozycję aby pomóc w organizacji tych meczów pucharowych. Oczywiście się zgodziłem. Po tygodniu pracy z drużyną pojechałem do Newton. Kiedy już wróciliśmy z Anglii i czekaliśmy na Balicach, aby odebrać bagaże, trener Smuda pół żartem, pół serio zapytał chłopaków, czy chcieli by mieć takiego kierownika. Powiedzieli, że tak i tak zostało. Jednak formalnie nie byłem kierownikiem, ponieważ był nim pan Zdzisław Kapka, ale jeździłem na każdy mecz pucharowy i organizowałem wszystkie niezbędne rzeczy z tym związane.
Pierwszy raz zostałem oficjalnie kierownikiem, po tym, jak Jerzy Kowalik przyjął funkcję trenera zespołu. To było właśnie wspomniane wcześniej 5 meczów. Po tym jak trener pożegnał się z pełnioną funkcją, odszedłem razem z nim.
Jak przyszedł trener Orest Lenczyk, zostałem na dłużej kierownikiem pierwszej drużyny.
Teraz jest to mój trzeci raz na tym stanowisku w klubie.
- Jak wygląda codzienna praca kierownika?
- Europejskie puchary to wspaniała przygoda. Jest z tym bardzo dużo pracy. Z kolei na co dzień, tak jak ma to miejsce teraz, trzeba pomóc chłopakom. Zwłaszcza tym nowym, którzy przychodzą. Zaczyna się od znalezienia mieszkania, pokazania podstawowych rzeczy w Krakowie, takich, aby zawodnik mógł się tu odnaleźć. Z obcokrajowcami jest jeszcze większy problem, ponieważ jest bariera językowa. Tak naprawdę jest dużo pracy i nie ma kiedy iść do domu…
- Czy wiesz, jak wygląda funkcja kierownika drużyny w innych klubach, czy coś zapożyczyłeś od zespołów zagranicznych?
- Każdy mecz pucharowy to dla mnie duże doświadczenie, ponieważ mogłem się wiele nauczyć dzięki temu, że graliśmy z tyloma wielkimi drużynami. Mecz w
Newtown był dla nas nowym czymś nowym, Wisła wróciła do pucharów, praktycznie żaden z tych chłopaków, którzy byli w drużynie nie grał w rozgrywkach europejskich wiec było to dla nich coś nowego, tak samo jak dla mnie. Ja też nie wiedziałem, jak to będzie, leciałem z obawami do Anglii, jeszcze zważywszy na to że wszystko było załatwiane przez telefon. Później cała ta otoczka meczu pucharowego, spotkanie organizacyjne z sędziami meczu, z delegatem UEFA. To wszystko było dla mnie nowe. Teraz wiem, jak to wygląda, wiec nie jest to problem, bo tych spotkań pucharowych przeżyłem około 30.
Na więcej skorzystałem podczas kontaktu z człowiekiem, który był kierownikiem drużyny Parmy. Bardzo mi zaimponował – przyleciał na wizytę do Krakowa na kilka dni przed meczem, miał wypisane w kilku punktach, co chciał. Spotkanie trwało 15 minut i w tym czasie wyjaśnił i załatwił sobie dokładnie wszystko, co chciał. Podglądałem też Inter Mediolan, Barcelonę od każdego coś starałem się zaczerpnąć i później starałem się wdrożyć to tutaj. Niestety nie wszystko się da zrobić, nie jesteśmy jeszcze takim wielkim klubem jeżeli chodzi o zaplecze Jak Barcelona czy Real Madryt i trochę nam brakuje ale staramy się nadrabiać jakieś ewentualne niedociągnięcia.
- Jakie było najdziwniejsze, najbardziej nietypowe zadanie w pracy?
- Gdy graliśmy z Mariborem, dałem im jako pamiątkę nasz plakat. Przed meczem zauważyłem, że ten plakat leży na podłodze w szatni, a zawodnicy po nim deptają. Wszedłem więc do szatni, jakby nigdy nic i zabrałem ten plakat.
Każdy przeciwnik, szczególnie ci mniejsi, starają się w jakiś sposób utrudniać życie. Z większymi klubami nie ma problemów, tam wszystko jest ustalone co do minuty.
- Jak teraz ocenia się nas, nasze przygotowanie do meczów?
- Będąc kierownikiem Wisły, gdy przyjeżdża do nas zagraniczny przeciwnik, staram się też być do jego dyspozycji, także potem mogę liczyć na podziękowania. Gdy nie byłem kierownikiem Wisły, kiedy przyjechał tu Real Madryt, byłem z tą drużyna praktycznie 24 godziny na dobę. Po pobycie wszystkie osoby z tego klubu były zadowolone, choć pracy z nimi było bardzo dużo.
Raz tylko pamiętam taką sytuację, gdy opisano mnie w gazetach. Przed pierwszy dwumeczem z Parmą, po ich treningu byłem lekko zabiegany. W tym momencie z szatni gości wyszła jedna z gwiazd Parmy obrażona, że nie ma w szatni pianki do golenia. Byłem naprawdę na wielu stadionach i nigdzie pianki nie widziałem, a tu tymczasem spotkałem się z taką prośbą. Lekko zdenerwowany odpowiedziałem, żeby ten zawodnik poszedł sobie do kiosku i sobie kupił. Na drugi dzień całą sytuacje opisano w gazetach.
- Czego organizacyjnie Wiśle brakuje, żeby wejść do Ligi Mistrzów?
- Na pewno stadionu. Myślę, że się nikt nie obrazi o to stwierdzenie. Kiedy pierwszy raz startowaliśmy w eliminacjach do Ligi Mistrzów, przyjechała specjalna komisja i wtedy się dowiedzieliśmy, czego potrzeba na stadionie już w meczach grupowych Ligi Mistrzów. Ci panowie mieli nawet wytyczne dotyczące wysokości włosia dywanu w pokoju dla vipów. Kiedy pojawiały się kwestie kolejnych pokoi, prezes Bogdan Basałaj na każdy takie pytanie komisji odpowiadał, że postawimy namiot. Po pewnym czasie wyszło na to, że wokół stadionu powstanie wielkie pole namiotowe. Na ten moment więc stadion jest główną przeszkodą. W tym momencie wiadomo, ze jeśli nawet awansujemy do Ligi Mistrzów, to mecze będziemy musieli rozgrywać na innym stadionie.
- A jak forma kierownika po obozach przygotowawczych?
- Bardzo dobrze! Ja zawsze chciałem uczestniczyć w takich treningach, bo dla mnie frajdą jest się poruszać. Wcześniej pozawalał mi na to tylko trener Lenczyk, który wręcz kazał mi się przebierać. Teraz trener Petrescu wykorzystuje mnie do komunikacji z drużyną, razem z Kaziem Moskalem. W momencie, kiedy drużyna jest podzielona na pół, Kazek idzie z jedną grupą, a ja zostaje z trenerem i głupio by to wyglądało, gdybym stał na środku boiska w garniturze, więc po prostu się przebieram w strój sportowy. Przy okazji zapytałem się, czy mogę pobiegać, pozwolił mi i tak zostało. Dodatkowo zrzuciłem parę kilko!
- Jak się współpracuje z Petrescu?
- Współpraca organizacyjna jest na wysokim poziomie, nie ma żadnych problemów.
- Jak oceniasz atmosferę przy Reymonta podczas meczów?
- Szkoda, że u nas są ograniczenia na widowni i do niedawna mogło wejść tylko 10 000 ludzi. Na pewno jest wspaniała atmosfera, dużo tez dały światła. Mecze, które graliśmy kiedyś z Barcelona i Parmą w ciągu dnia to jednak zupełnie coś innego niż przy świetle. Oprawy meczowe kibiców - bomba!
Jest jedno ale: nie zawsze wszystko w spotkaniu układa się dobrze i wtedy trzeba pomóc drużynie. Wiem, że kibice chcieliby, aby ich zespół wygrywał tu każdy mecz ale czasem przy 0-0 czy 0-1 też trzeba dopingować, a wtedy zdarzają się głupie komentarze i gwizdy jakiegoś kibica. Piłkarze to nie automaty, są ludźmi, tak jak my i trzeba to zrozumieć, że każdy może mieć słabszy dzień.
- Najbardziej dramatyczny mecz?
- Real Saragossa – rewanżowy mecz, kiedy trenerem był Orest Lenczyk.
- …a najbardziej emocjonujący i najlepszy?
Tych było wiele na przykład każde derby, z resztą moje pierwsze w roli kierownika zespołu, mecz na Legii, kiedy trenerem był Adam Nawałka – zdobyliśmy wtedy mistrzostwo Polski. Mogłem z Kamilem Kosowskim biegać z flagą wiślacką po boisku, a tam fruwało wszystko dookoła, to była wielka frajda wygrać mistrzostwo Polski na Legii. Kolejny mecz z Legią 4:1 za trenera Smudy, wtedy stołeczny zespół nie istniał. Z Barceloną, gdzie dwa razy prowadziliśmy, mecz z Panathinaikosem. Przez te lata naprawdę wiele było tych meczów.
- Słyniesz z poczucia humoru. Z kim najchętniej robisz kawały?
- Kiedyś, jak był jeszcze Grzesiek Pater i Grzesiek Niciński, to była dwójka komików, można powiedzieć. Teraz fajnie się żartuje z Marcinem Baszczyńskim, Maćkiem Stolarczykiem. Teraz na obozie w Turcji Markowi Penksie przy stole podłożyliśmy zamiast dużego krzesła, takie malutkie dziecinne krzesełko do jedzenia - było trochę śmiechu. Każdy żart zależy od sytuacji, wymyślany jest na poczekaniu, dobrze że chłopaki mają poczucie humoru.

- Jak wygląda kolekcja pamiątek Marka Koniecznego?
Zbieram ogólnie wszystko to, co jest związane z Wisłą Kraków. Mam tego wszystkiego bardzo dużo. Wszelkie odznaki, zdjęcia różnego rodzaju, także przedwojenne, proporczyki itd. Jest to najważniejsza cześć mojej kolekcji. Zresztą kilka moich eksponatów będzie udostępnionych na wystawie związanej ze stuleciem Wisły. Kolejna część mojej kolekcji to koszulki, zbiór liczy ponad 200 i korzystając z okazji chciałbym zwrócić się do tej osoby, która ukradła panu Fedorowiczowi kilka moich koszulek, aby je oddała. Mogę nawet zapłacić za to, szczególnie interesuje mnie koszulka , którą dostałem od Sergio w momencie, kiedy był kapitanem Barcelony. Kolekcja rośnie dzięki moim kolegom piłkarzom i przez to, że sam jeżdżę i przywożę sobie koszulkę. Ostatnia zdobycz to koszulka od Bogdana Zająca z ligii cypryjskiej.
- Czy zaglądasz na stronę klubu i czy widziałeś „Co On powiedział?”
Tak zaglądam i jestem ciekawy jakie wypowiedzi wygrały, bo widziałem ostatnio, że byłem tam razem z Maćkiem Stolarczykiem.
"Nowy żel? Troszkę sobie pobiegałem, Koraliki i sygnety…" - to mi się podoba (śmiech). Ogólnie bardzo fajny pomysł, muszę to pokazać Maćkowi, bo chyba jeszcze nie widział.
Autorami wypowiedzi są:
Piotrek B., Wojtek W., DiOdEk, Kamil M., Madezpolski
Wywiad opublikowany w jedenastym numerze newslettera "Biała Gwiazda". Archiwum naszego tygodnika jest tutaj »
Jeżeli chcesz wiedzieć więcej i wcześniej oraz dostawać wywiady z innymi postaciami Wisły Kraków prosto na swoją skrzynkę e-mail, zaprenumeruj newslettera „Biała Gwiazda” tutaj »
Foto: FAKT, Tomasz Sipiera
Biuro Prasowe Wisła Kraków SSA






















