Aktualności
OSTATNIE NEWSY.
Strona główna »
Aktualności »
Baszczyński po raz 46.
Baszczyński po raz 46.
Data publikacji: 07-08-2008 17:05Mecz z Beitarem w Krakowie był jego 46. występem w europejskich pucharach w barwach Białej Gwiazdy. "Mam nadzieję, że w tym sezonie będzie więcej" - mówił wiślacki rekordzista, Marcin Baszczyński.
W środę stuknęła Panu 46. Wie Pan, o czym mówię?
Lat mam na pewno mniej, bo trzymam się dosyć mocno (śmiech). Ale coś mi się obiło o uszy, że mam dosyć dużo występów w europejskich pucharach, tak? To dobrze świadczy i o Wiśle, i o mnie. Ale w Ruchu miałem okazję zagrać z Benfiką Lizbona, czy z Austrią Wiedeń, także tych fajnych spotkań też było parę.
Pamięta Pan swój debiut w europejskich pucharach w barwach Wisły? Czuł Pan tremę?
Debiut pamiętam, ale on nie był najgorszy. Odnieśliśmy sukces w lidze, tu zaczynała się tworzyć fajna drużyna, dlatego to było raczej takie oczekiwanie na ponowne wejście w puchary, więc tremy się nie czuło. Wręcz przeciwnie, chciałem coś pokazać jako nowy Wiślak, również w europejskich pucharach.
Debiut nie był najgorszy, ale w potem strzelił Pan bramkę samobójczą. Było to w rewanżowym meczu przeciwko Realowi Saragossie. Pamięta Pan tamten mecz?
Pamiętam, trudno nie pamiętać. To nic fajnego. Wiadomo, że jeśli się przegrywa tak wysoko w pierwszym spotkaniu i praktycznie dobija atmosferę w pierwszej połowie, w rewanżu, to na pewno ze wszystkich uchodzi powietrze. Ale chłopaki później mówili w szatni, że to podziałało na nich odwrotnie i już wtedy było wiadomo, że nie ma nic do stracenia. I zaczęła się gra.
Było ostro w szatni w przerwie meczu?
Czy było ostro? Z tego co pamiętam, to nie. Trener zapytał się tylko mnie, czy gramy dalej. Ja powiedziałem, że gramy. Zrobił trzy zmiany i na tym skończyła się odprawa w przerwie.
Czy jest taki mecz, który szczególnie zapadł Panu w pamięć?
Było kilka. Pamiętam swoją pierwszą bramkę, bo to był mecz z Omonią Nikozja. To było bardzo fajne spotkanie, udało mi się strzelić gola z prawej nogi. Pamiętam te występy przeciwko Realowi, czy Barcelonie. Najbardziej chyba pamiętam tą naszą udaną przygodę, gdy wygrywaliśmy z Parmą, czy z Schalke, szczególnie tam na wyjeździe. Kilka meczów było fajnych, które już do końca życia będę pamiętał.
A czy chciałby Pan zapomnieć o jakimś meczu? Na przykład o tym z Panathinaikosem?
Nie. Wiadomo, że to był mecz, w którym byliśmy najbliżej tego upragnionego celu i nam się nie udało. Ale nie da się całkiem o nim zapomnieć, choć momentami bardzo bym chciał. Szczególnie zaraz świeżo po tym, ale nie da się.
Wiadomo, że w takich meczach piłkarze zawsze liczą na kibiców. Zapadło Panu w pamięć jakieś szczególne wydarzenie, właśnie z kibicami w rolach głównych?
To był mecz z Lazio Rzym. Jak wychodziliśmy na Stadion Olimpijski z szatni, pamiętam, że myśleliśmy, że nie ma naszych kibiców. A wyjście z szatni było tak usytuowane, że oni siedzieli praktycznie nad nami. Jak już pokazaliśmy się z tego tunelu, zaśpiewali nam „Jesteśmy z Wami!”. Tam mówiło się nawet o 6 000 kibiców. Nawet do dzisiaj mam takie zdjęcie, gdzie kibic wspinał się na płot i miał wiślacki szalik „Veni, vidi vici”. Tego się nie zapomina, bo to było coś naprawdę fantastycznego, jeżeli chodzi o naszych kibiców. Poza tym były stadiony, gdzie też pamięta się doping dla drużyny przeciwnej i tą całą atmosferę. Europejskie puchary mają to do siebie, że można pooglądać i posłuchać, co się dzieje zagranicą.
Ma Pan na koncie 46 występów w pucharach w barwach Wisły. Czy po tylu meczach czuje się jeszcze ten deszczyk emocji?
Na pewno tej motywacji, szczególnie jak gra się ze słabszym przeciwnikiem, trzeba szukać. Ale w sumie czeka się na to po tej szarzyźnie ligowej, szczególnie z drużynami słabymi, bo wiadomo, że z takimi też się w Polsce gra. Gdy można zagrać gdzieś w europejskich pucharach, to jest inaczej.
Przydałoby się powiększyć te statystyki, prawda?
Na pewno. W tym sezonie tych meczów przydałoby się pięć, ze trzy grupowe. No co najmniej z sześć – to byłoby dobrze (śmiech).
Ma Pan nawet szansę na przekroczenie pięćdziesięciu występów w europejskich pucharach.
Jeśli chodzi o Wisłę, to tak. Ale pięćdziesiątkę to już dawno przekroczyłem.
Ania M.
Fot. Maks Michalczak
Biuro Prasowe Wisły Kraków SA
Lat mam na pewno mniej, bo trzymam się dosyć mocno (śmiech). Ale coś mi się obiło o uszy, że mam dosyć dużo występów w europejskich pucharach, tak? To dobrze świadczy i o Wiśle, i o mnie. Ale w Ruchu miałem okazję zagrać z Benfiką Lizbona, czy z Austrią Wiedeń, także tych fajnych spotkań też było parę.
Pamięta Pan swój debiut w europejskich pucharach w barwach Wisły? Czuł Pan tremę?
Debiut pamiętam, ale on nie był najgorszy. Odnieśliśmy sukces w lidze, tu zaczynała się tworzyć fajna drużyna, dlatego to było raczej takie oczekiwanie na ponowne wejście w puchary, więc tremy się nie czuło. Wręcz przeciwnie, chciałem coś pokazać jako nowy Wiślak, również w europejskich pucharach.
Debiut nie był najgorszy, ale w potem strzelił Pan bramkę samobójczą. Było to w rewanżowym meczu przeciwko Realowi Saragossie. Pamięta Pan tamten mecz?
Pamiętam, trudno nie pamiętać. To nic fajnego. Wiadomo, że jeśli się przegrywa tak wysoko w pierwszym spotkaniu i praktycznie dobija atmosferę w pierwszej połowie, w rewanżu, to na pewno ze wszystkich uchodzi powietrze. Ale chłopaki później mówili w szatni, że to podziałało na nich odwrotnie i już wtedy było wiadomo, że nie ma nic do stracenia. I zaczęła się gra.
Było ostro w szatni w przerwie meczu?
Czy było ostro? Z tego co pamiętam, to nie. Trener zapytał się tylko mnie, czy gramy dalej. Ja powiedziałem, że gramy. Zrobił trzy zmiany i na tym skończyła się odprawa w przerwie.
Czy jest taki mecz, który szczególnie zapadł Panu w pamięć?
Było kilka. Pamiętam swoją pierwszą bramkę, bo to był mecz z Omonią Nikozja. To było bardzo fajne spotkanie, udało mi się strzelić gola z prawej nogi. Pamiętam te występy przeciwko Realowi, czy Barcelonie. Najbardziej chyba pamiętam tą naszą udaną przygodę, gdy wygrywaliśmy z Parmą, czy z Schalke, szczególnie tam na wyjeździe. Kilka meczów było fajnych, które już do końca życia będę pamiętał.
A czy chciałby Pan zapomnieć o jakimś meczu? Na przykład o tym z Panathinaikosem?
Nie. Wiadomo, że to był mecz, w którym byliśmy najbliżej tego upragnionego celu i nam się nie udało. Ale nie da się całkiem o nim zapomnieć, choć momentami bardzo bym chciał. Szczególnie zaraz świeżo po tym, ale nie da się.
Wiadomo, że w takich meczach piłkarze zawsze liczą na kibiców. Zapadło Panu w pamięć jakieś szczególne wydarzenie, właśnie z kibicami w rolach głównych?
To był mecz z Lazio Rzym. Jak wychodziliśmy na Stadion Olimpijski z szatni, pamiętam, że myśleliśmy, że nie ma naszych kibiców. A wyjście z szatni było tak usytuowane, że oni siedzieli praktycznie nad nami. Jak już pokazaliśmy się z tego tunelu, zaśpiewali nam „Jesteśmy z Wami!”. Tam mówiło się nawet o 6 000 kibiców. Nawet do dzisiaj mam takie zdjęcie, gdzie kibic wspinał się na płot i miał wiślacki szalik „Veni, vidi vici”. Tego się nie zapomina, bo to było coś naprawdę fantastycznego, jeżeli chodzi o naszych kibiców. Poza tym były stadiony, gdzie też pamięta się doping dla drużyny przeciwnej i tą całą atmosferę. Europejskie puchary mają to do siebie, że można pooglądać i posłuchać, co się dzieje zagranicą.
Ma Pan na koncie 46 występów w pucharach w barwach Wisły. Czy po tylu meczach czuje się jeszcze ten deszczyk emocji?
Na pewno tej motywacji, szczególnie jak gra się ze słabszym przeciwnikiem, trzeba szukać. Ale w sumie czeka się na to po tej szarzyźnie ligowej, szczególnie z drużynami słabymi, bo wiadomo, że z takimi też się w Polsce gra. Gdy można zagrać gdzieś w europejskich pucharach, to jest inaczej.
Przydałoby się powiększyć te statystyki, prawda?
Na pewno. W tym sezonie tych meczów przydałoby się pięć, ze trzy grupowe. No co najmniej z sześć – to byłoby dobrze (śmiech).
Ma Pan nawet szansę na przekroczenie pięćdziesięciu występów w europejskich pucharach.
Jeśli chodzi o Wisłę, to tak. Ale pięćdziesiątkę to już dawno przekroczyłem.
Ania M.
Fot. Maks Michalczak
Biuro Prasowe Wisły Kraków SA






















